Staję oto przed wyjątkowo trudnym zadaniem zażegnania budzących się waśni.
Długo zastanawiałem się, czym zająć się najpierw - samym utworem, czy dyskusją pod nim.
Wybrałem dyskusję, utwór zostawiając sobie na deser.
Widzę, że komentujący mieli różne, często biegunowo odległe, zdania o przedmiotowym czterowersie. Znaleźli się tu zarówno chwalcy, piewcy talentu Autorki, jak i wredni przyganiacze. W komentarzach odnalazłem i Miłość (wielkim M pisaną) i uczciwość. Niekoniecznie małżeńską, choć taka się z tą wielką literą najbardziej kojarzy. Widzę, że utwór, choć krótki, wywołał burzę. Porównując rozmiar, można śmiało powiedzieć o burzy w szklance wody. Cztery wersy, jak fale na wzburzonym morzu, rozbiegły się w cztery strony. Nie, nie strony świata, niestety. Ale zawsze cztery strony... komentarzy. I tu pora zadać sobie pytanie.
Co takiego ukryłaś, Autorko, w swoim tekście, że wywołał tak wiele i tak różnych emocji?
Będę wdzięczny za podpowiedź, bo sam znajduję w nim jedynie kilka banałów, kilka słabo dopasowanych, nawet do siebie wzajemnie, wątłych, jak głaskanie po sercu, gadżetów.
Elko, nie gniewaj się, ale twój "wiersz" nie wywołał we mnie dreszczu zachwytu. Nawet dreszczyku, chyba, że za takowy uznać dyskretny uśmiech, który nawet przed samym sobą starałem się ukryć, a jaki pojawia się u mnie zazwyczaj, gdy wracam pamięcią do pewnego konkursu na ósmym piętrze, który dane mi było wygrać.
W kontekście odczuć, jakie ogarnęły mnie po przeczytaniu zarówno utworu, jak i czerech stron dyskusji, zastanawiam się, czy pytanie, które, niczym rękawicę, rzucasz w tłum
ELKA pisze:Jeśli ktoś jeszcze chce mi dokopać, to zapraszam. Okazja jest niepowtarzalna...
nie powinno brzmieć zupełnie inaczej.
Ja, na twoim miejscu, napisałbym - jeśli komuś jeszcze wydaje się, że napisałam wiersz, niech się nie ukrywa ze swoją pochwałą. Każdą, nawet najsłodszą, bez obawy przyjmę na klatę i na żadną się nie obrażę.