Profesor Dzik. Matka.
- Hardy
- Posty: 537
- Rejestracja: 06 sie 2017, 14:32
- Lokalizacja: Grudziądz
- Płeć:
- Kontakt:
Profesor Dzik. Matka.
(fragment większej całości)
Na jednej z dużych przerw siedzieliśmy grupką na korytarzu, niedaleko pokoju nauczycielskiego. Wyszedł z niego wicedyrektor Kozłowski. Nawet gdybyśmy go nie spostrzegli, echo daleko roznosiło stukot jego podkutych butów na kamiennej posadzce. Uśmiechnęliśmy się pod nosem.
– Uwaga, podnosić tyłki i wyprost! Ułan idzie.
Wicedyrektor przezwisko miał właściwe – często przychodził do szkoły w ułańskich, zielonych bryczesach i w czarnych butach ze sztylpami do jazdy konnej. Brakowało tylko ostróg i szpicruty oraz oczywiście konia. Mógłby wtedy, jak przed wojną generał Wieniawa-Długoszowski do restauracji, wjeżdżać do szkoły na wierzchowcu.
Podnieśliśmy się.
– Dzień dobry, panie dyrektorze.
– Dzień dobry, chłopcy.
Ułan poszedł dalej; usiedliśmy z powrotem. W tym samym momencie z drugiej strony nadeszła starsza kobieta, z wyglądu wiejska babuleńka. Nie była w latach aż tak wiekowa, ale widocznie ciężka, fizyczna praca na gospodarce postarzyła ją o dobre dwadzieścia jesieni. Rozglądała się niepewnie po szerokim holu, pełnym hałaśliwej, rozbrykanej młodzieży. Kiedy dojrzała wicedyrektora, ucieszyła się wyraźnie i, nad podziw żwawo, podeszła do niego.
– Przepraszam pana profesora...
– Jestem wicedyrektorem szkoły, nazywam się Kozłowski. – Ułan przystanął. – Słucham panią.
– O, jak to dobrze – ucieszyła się babuleńka, składając ręce jak do modlitwy. – Szukam profesora Dzika, bo mnie wezwał na dzisiaj do szkoły. Widocznie mój syn, huncwot jeden, znów coś narozrabiał.
– Proszę pani, profesor nazywa się Szmelter i jest akurat w pokoju nauczycielskim. Proszę zapukać w tamte drzwi.
– Ale ja chciałam rozmawiać z profesorem Dzikiem – zdziwiła się matka.
– Przecież pani mówię... eech. Niech pani zapuka do drzwi pokoju nauczycielskiego.
Uśmiechnęliśmy się, słysząc ich rozmowę i widząc machnięcie ręką zrezygnowanego Ułana. Widocznie nie pierwszy raz wezwany rodzic pytał go o „profesora Dzika”. Zdziwieni nie byliśmy. Sami przecież dopiero po dłuższym czasie dowiedzieliśmy się, że to nie jest jego prawdziwe nazwisko, mimo że mieliśmy z nim styczność od pierwszego dnia naszego pobytu w technikum. Na szczęście przez dwa lata zajęć z „przysposobienia obronnego” nie był w naszej klasie wychowawcą, więc nasi rodzice nie musieli szukać „profesora Dzika”.
Matka niesfornej latorośli podziękowała, podeszła do wskazanego pokoju i zapukała w drzwi. Była tak zaaferowana wezwaniem „do pana profesora”, że nawet nie zauważyła, iż nagle wokół niej zebrał się wianuszek wyrośniętej młodzieży. Takiej okazji nikt z uczniów, którzy byli w pobliżu, nie chciał przepuścić. Nasza grupka również – niby to rozmawialiśmy ze sobą, niby staliśmy dwa metry od pokoju nauczycielskiego, niby przechodziliśmy akurat, niezainteresowani niczym poza samym sobą... ale tak mogło wyglądać tylko dla niewtajemniczonego obserwatora. Wszyscy czekaliśmy z niecierpliwością na spodziewany, dalszy rozwój sytuacji.
Drzwi od pokoju otworzyły się i wyszedł, jak na zawołanie, profesor, znany nam starszakom już pod prawdziwym nazwiskiem Szmelter. Spojrzał na kobiecinę i zadudnił:
– Słucham panią.
– Przepraszam pana profesora. Szukam profesora Dzika. Jestem matką ucznia...
– Ale ja nie nazywam się Dzik, tylko Szmelter.
– A mógłby pan poprosić profesora Dzika? On mnie wezwał. Pewnie mój syn znowu coś narozra...
– Mówię pani, że nie nazywam się Dzik! – Szmelter podniósł głos o ton wyżej.
– No toć słyszę. – Matka machnęła ręką, zniecierpliwiona. – Nie jestem głucha. Chciałabym rozmawiać z profesorem Dzikiem.
– Ile razy mam mówić, że nie nazywam się Dzik, tylko Szmelter! – Profesor próbował jeszcze zachować spokój, ale wyraźnie wewnątrz już się gotował. Nie podobał mu się też pobliski obwarzanek uczniów. Zerkał krzywo w naszą stronę, ale nie znalazł pretekstu, aby przepędzić młodzieńców. Nikt z nich nie okazywał najmniejszego zainteresowania przebiegiem jego rozmowy z matką, wszyscy byli zajęci własnymi sprawami. Mieliśmy swoje tematy do obgadania, cóż nas mogła obchodzić jakaś rozmowa profesora i obcej kobiety. Całkowicie tę parę ignorowaliśmy, nawet nie patrzyliśmy w ich kierunku. Tylko wyjątkowo spostrzegawczy obserwator mógłby zauważyć, że na wielu twarzach uczniów drgały lekko mięśnie ust i policzków, ledwie powstrzymywane wielką siłą woli.
Mamusia, mimo że wyglądała i prawdopodobnie była wiejską kobieciną, nie przelękła się podniesionego głosu groźnego profesora. Też podniosła głos:
– Wiem już, wiem, jak pan się nazywa! Ja chcę rozmawiać z profesorem Dzikiem, a nie z panem! Niech pan poprosi wreszcie profesora Dzika.
– Ostatni raz powtarzam, że nazywam się Szmelter!
– Dyć mówiłam, że słyszę. Zawoła pan profesora Dzika? Jest w pokoju, czy go nie ma?
– Przecież jestem! I nazywam się... – Poczerwieniał na twarzy, wzburzony podniósł ręce do góry i potrząsnął nimi.
– Ło Jezu! Co teraz za niekumate profesory som! – Babuleńka nie była dłużna. Podparła się rękoma pod boki i podniosła jeszcze bardziej głos: – Ja nie chcę z panem rozmawiać, tylko z profesorem Dzikiem. – Trzasnęła obcasem buta w kamienną posadzkę, aż echo się rozniosło. – Z profesorem Dzikiem!
Tego było za wiele dla niego. Wrzasnął: – Już nawet rodzice mnie przezywają, żadnego poszanowania dla nauczyciela! – Odwrócił się na pięcie, prawie wbiegł do pokoju i zatrzasnął kobiecinie drzwi przed nosem.
Zachowanie rozmówcy lekko ją zszokowało. Nie dość, że nie wiadomo czemu uparł się i nie chciał poprosić profesora Dzika, to jeszcze na końcu tak grubiańsko się zachował! I to taki kształcony profesor! To co, że ona jest ze wsi. Pańskie czasy skończyły się. Tak nie wolno, i już!
Krztusiliśmy się ze śmiechu, ale i żal nam się jej zrobiło. Stała chwilę zdezorientowana, ale nie straciła rezonu. Mruczała pod nosem: – Nic nie rozumiem. Co tutaj za nauczyciele uczą. Dlaczego nie chciał zawołać profesora Dzika? – Spojrzała w naszą stronę i zapytała: – Chłopcy, gdzie jest dyrektor szkoły?
Naprawdę była rezolutną kobieciną. Nie dawała się zbyć tak łatwo. Jechała pewnie szmat drogi na wezwanie „profesora Dzika” i będzie go szukała do skutku, wszystkimi sposobami.
W tym momencie zabrzmiał dzwonek szkolny na lekcję. Szybko rzuciłem:
– Proszę pani, Dzik to przezwisko szkolne. Naprawdę nazywa się profesor Szmelter. To właśnie ten nauczyciel, z którym pani rozmawiała.
– To nie mógł mi tego powiedzieć?! – Kobietę prawie zatkało z wrażenia.
– Mówił pani, tylko nie mogliście się zrozumieć. Niech pani jeszcze raz zapuka i poprosi profesora Szmeltera.
– Dziękuję. A memu synowi... Niech no tylko wróci do domu!
– To pewnie nie wina syna, proszę pani. Jest z pierwszego roku? To pewnie zna profesora tylko po ksywce. My też wtedy nie znaliśmy prawdziwego nazwiska. Muszę już iść na lekcję. Proszę zapukać.
– Do widzenia. Dobrzy z was chłopcy. Jeszcze raz dziękuję.
– Do widzenia pani. Życzymy zdrowia.
Korciło nas wielce jeszcze zostać i zobaczyć, jak Dzik ponownie przywita matkę, kiedy już prawidłowo wymówi jego nazwisko – będzie chciała rozmawiać z profesorem Szmelterem. Niestety siła wyższa, a dokładniej rozpoczynająca się lekcja, zmusiła nas do opuszczenia miejsc na widowni „teatru groteski”. Najważniejsze i tak oglądnęliśmy. To było prawdziwe qui pro quo.
Na jednej z dużych przerw siedzieliśmy grupką na korytarzu, niedaleko pokoju nauczycielskiego. Wyszedł z niego wicedyrektor Kozłowski. Nawet gdybyśmy go nie spostrzegli, echo daleko roznosiło stukot jego podkutych butów na kamiennej posadzce. Uśmiechnęliśmy się pod nosem.
– Uwaga, podnosić tyłki i wyprost! Ułan idzie.
Wicedyrektor przezwisko miał właściwe – często przychodził do szkoły w ułańskich, zielonych bryczesach i w czarnych butach ze sztylpami do jazdy konnej. Brakowało tylko ostróg i szpicruty oraz oczywiście konia. Mógłby wtedy, jak przed wojną generał Wieniawa-Długoszowski do restauracji, wjeżdżać do szkoły na wierzchowcu.
Podnieśliśmy się.
– Dzień dobry, panie dyrektorze.
– Dzień dobry, chłopcy.
Ułan poszedł dalej; usiedliśmy z powrotem. W tym samym momencie z drugiej strony nadeszła starsza kobieta, z wyglądu wiejska babuleńka. Nie była w latach aż tak wiekowa, ale widocznie ciężka, fizyczna praca na gospodarce postarzyła ją o dobre dwadzieścia jesieni. Rozglądała się niepewnie po szerokim holu, pełnym hałaśliwej, rozbrykanej młodzieży. Kiedy dojrzała wicedyrektora, ucieszyła się wyraźnie i, nad podziw żwawo, podeszła do niego.
– Przepraszam pana profesora...
– Jestem wicedyrektorem szkoły, nazywam się Kozłowski. – Ułan przystanął. – Słucham panią.
– O, jak to dobrze – ucieszyła się babuleńka, składając ręce jak do modlitwy. – Szukam profesora Dzika, bo mnie wezwał na dzisiaj do szkoły. Widocznie mój syn, huncwot jeden, znów coś narozrabiał.
– Proszę pani, profesor nazywa się Szmelter i jest akurat w pokoju nauczycielskim. Proszę zapukać w tamte drzwi.
– Ale ja chciałam rozmawiać z profesorem Dzikiem – zdziwiła się matka.
– Przecież pani mówię... eech. Niech pani zapuka do drzwi pokoju nauczycielskiego.
Uśmiechnęliśmy się, słysząc ich rozmowę i widząc machnięcie ręką zrezygnowanego Ułana. Widocznie nie pierwszy raz wezwany rodzic pytał go o „profesora Dzika”. Zdziwieni nie byliśmy. Sami przecież dopiero po dłuższym czasie dowiedzieliśmy się, że to nie jest jego prawdziwe nazwisko, mimo że mieliśmy z nim styczność od pierwszego dnia naszego pobytu w technikum. Na szczęście przez dwa lata zajęć z „przysposobienia obronnego” nie był w naszej klasie wychowawcą, więc nasi rodzice nie musieli szukać „profesora Dzika”.
Matka niesfornej latorośli podziękowała, podeszła do wskazanego pokoju i zapukała w drzwi. Była tak zaaferowana wezwaniem „do pana profesora”, że nawet nie zauważyła, iż nagle wokół niej zebrał się wianuszek wyrośniętej młodzieży. Takiej okazji nikt z uczniów, którzy byli w pobliżu, nie chciał przepuścić. Nasza grupka również – niby to rozmawialiśmy ze sobą, niby staliśmy dwa metry od pokoju nauczycielskiego, niby przechodziliśmy akurat, niezainteresowani niczym poza samym sobą... ale tak mogło wyglądać tylko dla niewtajemniczonego obserwatora. Wszyscy czekaliśmy z niecierpliwością na spodziewany, dalszy rozwój sytuacji.
Drzwi od pokoju otworzyły się i wyszedł, jak na zawołanie, profesor, znany nam starszakom już pod prawdziwym nazwiskiem Szmelter. Spojrzał na kobiecinę i zadudnił:
– Słucham panią.
– Przepraszam pana profesora. Szukam profesora Dzika. Jestem matką ucznia...
– Ale ja nie nazywam się Dzik, tylko Szmelter.
– A mógłby pan poprosić profesora Dzika? On mnie wezwał. Pewnie mój syn znowu coś narozra...
– Mówię pani, że nie nazywam się Dzik! – Szmelter podniósł głos o ton wyżej.
– No toć słyszę. – Matka machnęła ręką, zniecierpliwiona. – Nie jestem głucha. Chciałabym rozmawiać z profesorem Dzikiem.
– Ile razy mam mówić, że nie nazywam się Dzik, tylko Szmelter! – Profesor próbował jeszcze zachować spokój, ale wyraźnie wewnątrz już się gotował. Nie podobał mu się też pobliski obwarzanek uczniów. Zerkał krzywo w naszą stronę, ale nie znalazł pretekstu, aby przepędzić młodzieńców. Nikt z nich nie okazywał najmniejszego zainteresowania przebiegiem jego rozmowy z matką, wszyscy byli zajęci własnymi sprawami. Mieliśmy swoje tematy do obgadania, cóż nas mogła obchodzić jakaś rozmowa profesora i obcej kobiety. Całkowicie tę parę ignorowaliśmy, nawet nie patrzyliśmy w ich kierunku. Tylko wyjątkowo spostrzegawczy obserwator mógłby zauważyć, że na wielu twarzach uczniów drgały lekko mięśnie ust i policzków, ledwie powstrzymywane wielką siłą woli.
Mamusia, mimo że wyglądała i prawdopodobnie była wiejską kobieciną, nie przelękła się podniesionego głosu groźnego profesora. Też podniosła głos:
– Wiem już, wiem, jak pan się nazywa! Ja chcę rozmawiać z profesorem Dzikiem, a nie z panem! Niech pan poprosi wreszcie profesora Dzika.
– Ostatni raz powtarzam, że nazywam się Szmelter!
– Dyć mówiłam, że słyszę. Zawoła pan profesora Dzika? Jest w pokoju, czy go nie ma?
– Przecież jestem! I nazywam się... – Poczerwieniał na twarzy, wzburzony podniósł ręce do góry i potrząsnął nimi.
– Ło Jezu! Co teraz za niekumate profesory som! – Babuleńka nie była dłużna. Podparła się rękoma pod boki i podniosła jeszcze bardziej głos: – Ja nie chcę z panem rozmawiać, tylko z profesorem Dzikiem. – Trzasnęła obcasem buta w kamienną posadzkę, aż echo się rozniosło. – Z profesorem Dzikiem!
Tego było za wiele dla niego. Wrzasnął: – Już nawet rodzice mnie przezywają, żadnego poszanowania dla nauczyciela! – Odwrócił się na pięcie, prawie wbiegł do pokoju i zatrzasnął kobiecinie drzwi przed nosem.
Zachowanie rozmówcy lekko ją zszokowało. Nie dość, że nie wiadomo czemu uparł się i nie chciał poprosić profesora Dzika, to jeszcze na końcu tak grubiańsko się zachował! I to taki kształcony profesor! To co, że ona jest ze wsi. Pańskie czasy skończyły się. Tak nie wolno, i już!
Krztusiliśmy się ze śmiechu, ale i żal nam się jej zrobiło. Stała chwilę zdezorientowana, ale nie straciła rezonu. Mruczała pod nosem: – Nic nie rozumiem. Co tutaj za nauczyciele uczą. Dlaczego nie chciał zawołać profesora Dzika? – Spojrzała w naszą stronę i zapytała: – Chłopcy, gdzie jest dyrektor szkoły?
Naprawdę była rezolutną kobieciną. Nie dawała się zbyć tak łatwo. Jechała pewnie szmat drogi na wezwanie „profesora Dzika” i będzie go szukała do skutku, wszystkimi sposobami.
W tym momencie zabrzmiał dzwonek szkolny na lekcję. Szybko rzuciłem:
– Proszę pani, Dzik to przezwisko szkolne. Naprawdę nazywa się profesor Szmelter. To właśnie ten nauczyciel, z którym pani rozmawiała.
– To nie mógł mi tego powiedzieć?! – Kobietę prawie zatkało z wrażenia.
– Mówił pani, tylko nie mogliście się zrozumieć. Niech pani jeszcze raz zapuka i poprosi profesora Szmeltera.
– Dziękuję. A memu synowi... Niech no tylko wróci do domu!
– To pewnie nie wina syna, proszę pani. Jest z pierwszego roku? To pewnie zna profesora tylko po ksywce. My też wtedy nie znaliśmy prawdziwego nazwiska. Muszę już iść na lekcję. Proszę zapukać.
– Do widzenia. Dobrzy z was chłopcy. Jeszcze raz dziękuję.
– Do widzenia pani. Życzymy zdrowia.
Korciło nas wielce jeszcze zostać i zobaczyć, jak Dzik ponownie przywita matkę, kiedy już prawidłowo wymówi jego nazwisko – będzie chciała rozmawiać z profesorem Szmelterem. Niestety siła wyższa, a dokładniej rozpoczynająca się lekcja, zmusiła nas do opuszczenia miejsc na widowni „teatru groteski”. Najważniejsze i tak oglądnęliśmy. To było prawdziwe qui pro quo.
- tabakiera
- Posty: 2365
- Rejestracja: 15 lip 2015, 20:48
- Lokalizacja: Warszawa
- Płeć:
Profesor Dzik. Matka.
Zabawne opowiadanie.
Byłam świadkiem kilku podobnych "wpadek", niekoniecznie w szkole.
Byłam świadkiem kilku podobnych "wpadek", niekoniecznie w szkole.
- Hardy
- Posty: 537
- Rejestracja: 06 sie 2017, 14:32
- Lokalizacja: Grudziądz
- Płeć:
- Kontakt:
Profesor Dzik. Matka.
Życie jest kopalnią pomysłów na opowiadania i większe zbiory. Wystarczy tylko sięgnąć i we właściwą formę oblec.tabakiera pisze: ↑28 sie 2017, 18:21Zabawne opowiadanie.
Byłam świadkiem kilku podobnych "wpadek", niekoniecznie w szkole.
- eka
- Moderator
- Posty: 10470
- Rejestracja: 30 mar 2014, 10:59
Profesor Dzik. Matka.
Zabawny epizodzik:)
Mnie jednak zastanawia, czy wiesz, ilu wpisałeś tu narratorów?

Mnie jednak zastanawia, czy wiesz, ilu wpisałeś tu narratorów?

- Hardy
- Posty: 537
- Rejestracja: 06 sie 2017, 14:32
- Lokalizacja: Grudziądz
- Płeć:
- Kontakt:
Profesor Dzik. Matka.
Narrator zawsze jest jeden, nawet jeżeli piszę "siedzieliśmy". Tam, gdzie jest wypowiedź bez oznaczenia, kto to mówi, też wiadomo - powiedział to ktoś z grupy. Dlaczego nie imiennie? Aby nie wprowadzać niepotrzebnych postaci, które później nie będą bohaterami utworu - zgodnie z zasadą brzytwy Ockhamaeka pisze: ↑30 sie 2017, 13:41Mnie jednak zastanawia, czy wiesz, ilu wpisałeś tu narratorów?

- eka
- Moderator
- Posty: 10470
- Rejestracja: 30 mar 2014, 10:59
Profesor Dzik. Matka.
Może być jeden w utworze, ale tu masz ich więcej.Hardy pisze: ↑30 sie 2017, 15:14Narrator zawsze jest jeden
Ockham się przygląda uważnie

- Hardy
- Posty: 537
- Rejestracja: 06 sie 2017, 14:32
- Lokalizacja: Grudziądz
- Płeć:
- Kontakt:
Profesor Dzik. Matka.
Oczywiście, można pisać, np. "Uśmiechnąłem się i koledzy również". Można jednak zapisać "Uśmiechnęliśmy się", a i tak nie ma pomyłki, kto jest narratorem, gdyż tekst jest jednoznaczny. Inaczej świadczyłoby, że mam wątpliwości co do inteligencji czytelnika i wykładam mu łopatologię.
Pzdr.

- eka
- Moderator
- Posty: 10470
- Rejestracja: 30 mar 2014, 10:59
Profesor Dzik. Matka.
Nie chodzi mi o kanoniczny zapis wersji narratora zbiorowego, czyli wykorzystywanie wyłącznie liczby mnogiej w koniugacji.
Ten fragment, tak wprowadzony, jest spod uprawnienia narratora wszechwiedzącego.Hardy pisze: ↑27 sie 2017, 13:13Zachowanie rozmówcy lekko ją zszokowało. Nie dość, że nie wiadomo czemu uparł się i nie chciał poprosić profesora Dzika, to jeszcze na końcu tak grubiańsko się zachował! I to taki kształcony profesor! To co, że ona jest ze wsi. Pańskie czasy skończyły się. Tak nie wolno, i już!
- Hardy
- Posty: 537
- Rejestracja: 06 sie 2017, 14:32
- Lokalizacja: Grudziądz
- Płeć:
- Kontakt:
Profesor Dzik. Matka.
Teraz chyba rozumiem, o co Ci chodziło. Masz rację, trochę narrator jest wszechwiedzący.eka pisze: ↑30 sie 2017, 22:36Ten fragment, tak wprowadzony, jest spod uprawnienia narratora wszechwiedzącego.
Może tak:
"Zachowanie rozmówcy lekko ją zszokowało, co odbiło się wyraźnie na twarzy matki. Widocznie nie spodziewała się tego. Pewnie pomyślała, że nie wiadomo czemu uparł się i nie chciał poprosić profesora Dzika, a do tego na końcu jeszcze tak grubiańsko się zachował! (...)".
Czy o to chodziło?
- eka
- Moderator
- Posty: 10470
- Rejestracja: 30 mar 2014, 10:59
Profesor Dzik. Matka.
Można ten fragment przerobić na mowę zależną (np.I wtedy wyrzuciła z siebie, że...) albo w wypowiedź postaci (rozbudowana kwestia matki), albo nie zmieniać. Bo zbyt dużo informacji chcesz w swojej propozycji rozpocząć od: pewnie pomyślała sobie.
Nie zmieniając niczego po prostu sankcjonujesz dwóch narratorów: pierwszo- i trzecioosobowego, a to żaden novum. Wręcz model w literaturze współczesnej.
Pozdrawiam.
Nie zmieniając niczego po prostu sankcjonujesz dwóch narratorów: pierwszo- i trzecioosobowego, a to żaden novum. Wręcz model w literaturze współczesnej.
Pozdrawiam.