Czasem piszę wiersze wprost do niszczarki.
Głuchym mlaskiem tnę szczęście
na papierowe wstążki.
Po egzekucji siadam rozbity przy biurku.
W blasku halogenowej lampy.
płaczę pustką. Jak dziecko.
Zraniłem dłoń, krucha szklanka. Potem krew,
odłamki. Błyszczą w świetle, prowokują.
Znak, że jestem, że czuję.
Wyjąć szkło, ból przeczekać,
rana się zagoi. O wszystkim zapomnę.
Ale czy warto upodabniać się do roślin?
To nie sugestia, tylko sposób odbioru.
Cały zaciekawił, chociaż nie posiadam niszczarki, tylko poziome grafitowe kreski - jak nóż świadomej autodestrukcji wersów.
Pozdrawiam
