Spacer z Kalinową
- Josef Hosek
- Posty: 108
- Rejestracja: 07 maja 2016, 15:14
Spacer z Kalinową
Dzień ma twarz smutną, zamyśloną. Z okien piwnicy, gdzie Kalinowa tworzy te swoje arcydzieła, przypomina martwy księżyc. Puste, wąskie uliczki wiją się wśród piętrowych domków; ścieżki wydeptane przez szarość i nicość; dotknięte wiatrem i ulewą. W jesiennej mgiełce pod płotem gniją ostatnie liście. W pobliżu jest szkoła; poranki wypełnia wrzask. Wsuwam dłoń pod pościel; rozsuwa nogi, zaciska zęby... Wchodzę w jej naoliwiony gwiezdnym pyłem zegar słoneczny. Oddycha równo i miarowo. Rozpędza się jak Kukułka. O ósmej powraca błoga cisza; zasypiamy. Ale teraz? Mam wrażenie, że Bóg kona. Coś niewidocznego burzy tę wieczność, która dotąd była nietykalna; której nie można było zniszczyć, pociąć na kawałki, spalić. Wokół jakby po kolei gasną wszystkie światła, wszystkie słońca w okolicy.
Z odrętwienia wyrywa mnie telefon.
- Halo, Josef? Słyszysz mnie? - Z aparatu wypływa trzask i kobiecy głos.- Mówi Ela. Słyszysz mnie?
Z lekka przeciąga końcówki. Człowiek ma wrażenie, że robi sobie manicure łechtaczki podczas rozmowy. Zaprasza nas do siebie.
Za oknem głęboka jesień. Długi, zimny, księżycowy zmierzch. Mżawka zawisła nad lasem; szeleści jakby była z napięcia.
- Nigdzie nie idę – rzuca w biegu Kalinowa.
Najpierw znika na pół dnia, rzekomo na zakupy, a później wraca z miną, jakby ją potrącił samochód. Dzierży torebkę fistaszków. Ledwo zdejmuje płaszcz, a już kłamie, jak ostatnia zdzira. Zastanawiam się głośno, co takiego może ją zajmować tego wieczora.
- Teatr, miesiączka, a może zepsuł ci się rower? - wyliczam.
Piękne kobiety mają szczególną umiejętność do wciskania najszczerszych pod słońcem kłamstw. Nagle okazuje się, że jakaś rzeźbiarka, stara kumpela jeszcze z czasów żłobka, ma dzisiaj wystawę w Wozowni. Kiedy to mówi, zerka na boki.
- Oj tam, przestań, będziesz się szlajać po galeriach.
Po godzinie stwierdza, że to całkiem fajny pomysł z tym wyjazdem. I jedziemy.
Ela jest już trochę wstawiona, Kalinowa spogląda na nią swoim sowim okiem. W głośnikach wibruje muzyka, posadzka odbija cały ten splendor i szelest wieczorowych sukni. W wielkim akwarium pływają wielkie ryby. Jest też trochę ludzi.
- Jesteście kaskaderami? Pani maluje?
Patrzą na nas jak na parkę pawianów w zoo. Kalinowa paraduje w klapkach pogwizdując, ma na sobie marynarskie szorty i luźną koszulę. Dostajemy szampana i wspólnie z innymi gośćmi zmierzamy wolnym krokiem na taras, gdzie wiatr porywa ze stołu serwetki. Dokoła miła, rodzinna atmosfera.
Księżyc zwija szkice z nieba, z mroku wyłaniają się przesympatyczne zjawy, brzęczą rozmowami. Ktoś rozsypał kokainę. Wszystko dzieje się w ogrodzie pod rozhuśtanymi lampionami, w otoczeniu umarłych krzewów, kwiatów i świec.
W drodze do łazienki widzę dziewczynę, właśnie robi piruet. Kiedy ją mijam, zahipnotyzowana chwyta się mojego ramienia i płynie za mną jak w transie.
Po ablucji ciągnie na górę - Kalinowa w mig wyczuwa orgię - niczym upiór pojawia się w drzwiach; zastaje nas splątanych w jadowitym uścisku. Ja mam opuszczone portki, a dziewczyna zadartą kieckę. Wciskam się w nią z wielką pasją, szaloną namiętnością, między lubieżnie rozwalone nogi. Staje w drzwiach i nie spuszczając z nas oczu, Kalinowa, odpala sobie papierosa. Nie pamiętam jak znalazła się w łóżku; wpatrzony w portret Eli przytrzymującej sobie kapelusz w górskiej scenerii, zawieszony nad łóżkiem, wydał się świat cały jednym erotycznym pęcherzykiem powietrza pływającym na powierzchni jakiejś kosmicznej kałuży. Wystrzeliłem. Przeklęta jedna kropla wpadła w oko Kalinowej. Z furią rzuciła się w stronę drzwi, zbiegła po schodach klapiąc klapkami...
- Jak mogłeś mi to zrobić? - pyta, kiedy wskakuję do piwnicy przez okno. W głosie ma smutek i żal. W pomieszczeniu jest ktoś jeszcze.
- Myślałem, że zostaniesz – mówię, przystawiając krzesło do stołu. - Byłaś taka zadowolona. Nie wiem dlaczego tak nagle odeszłaś. Co się stało?
Siadam i z czułością gładzę jej włosy.
- Zaraz chciałem za tobą biec, ale ta sucz przywarła do mnie, objęła nogami...
- Ty gnoju.
Czoło przeszywa głęboka fałda gniewu. Boeing 777 leci dziobem prosto w moją jedyną prawą skroń. Uchylam się.
- Później – ciągnę dalej, prostując się i wygładzając koszulę – zażyczyła sobie, bym odprowadził ją do domu. Wyobrażasz to sobie? Przed domem matki podciąga kieckę, w zimnej mgle opiera się o czereśnię, rozstawia nogi, dostojnie wypina... Cóż miałem robić? Pomyśl tylko, jakie to ryzykanckie, nawet bohaterskie: gdyby tak mamusia przebudziła się na siusiu, a w drodze usłyszała te wszystkie dźwięki: klapsy, szermiercze pchnięcia, wszystko z udziałem jedynaczki...
Przyjmuję ćwierć butelki piwa - na głowę. Krople zmieszane z jadem śliny spływają po karku, plecach. Momentalny przypływ energii. Wycieram twarz kawałkiem jakiejś szmaty i pytam:
- Kim jest ten gość?
Patrzy na mnie z pogardą, milczy, spuszcza wzrok. Te wszystkie radosne chwile, dziś już stracone... Kiedyś jeszcze będzie chciała zapiąć na nim swoją obrożę, przypiąć go sobie do serca i rządzić jego wyborami. I nigdy już nie zrozumie, że zawsze istnieje jakiś nowy świat, niedostępny dla niej raj – ciche kroki Boga, stwarzające nowe okoliczności – i, jeśli tylko nie zaprzedał swojej duszy, i nie poświęcił się na całej linii, wejdzie tam, w ten świat, za każdym razem, gdy otworzą się drzwi.
- Poznałam go na przejściu dla pieszych – wyznaje po chwili.
Jest już spokojna. Uśmiecha się nawet pod nosem.
- To moja podświadomość – tłumaczy - nie wiedziałam, że mam ją tak rozbudowaną.
Rozgląda się jak złodziej, który ma przeczucie.
- Gdzieś w głębi - ciągnie - pałałam zemstą i proszę: pojawił się.
Rzuca tęskne spojrzenie w stronę wyrka, sięga po butelkę, pije, po czym odstawia z wielkim zadowoleniem; pociąga nosem; drugą ręką wyciera sobie brodę.
- Przeprowadził mnie na drugą stronę ulicy; podał rękę, a na odchodne ucałował w czółko. (Śmiech) I odszedł. Ot zwyczajna przysługa o trzeciej w nocy. Żadnych telefonów, imion, nic. Zawołałam go, ucieszył się; odprowadził do domu. W drodze rozmawialiśmy, ach, jak pięknie rozmawialiśmy; od razu zrobiło mi się lżej na duszy. Poczułam się zrozumiana; doprawdy, myślę, że nie ma się czym przejmować, kiedy chociaż jedna osoba na świecie potrafi cię zrozumieć. I już mi lepiej, już jest okey. Chcę papierosa...
Zapatrzyła się gdzieś ponad łóżkiem poprzez mrok rozproszony płomieniami świec; na ścianach tańczyły obłąkane cienie. Podałem jej ogień; wiedziała, że się przyglądam. Mrużąc oczy, zerknęła na boki, jakby wokół tańczyły krasnale.
- To Koziorożec – mówi pochylając się nad stołem. - Ma trzydzieści trzy lata.
Chcę coś powiedzieć, ale unosi dłoń, nakazując milczenie. Właśnie wpadł jej do głowy jakiś pomysł, większa myśl, warta zapisania.
- Kocham cię – wymamrotałem.
- Nie będę słuchała o twojej miłości - mówi zgarbiona nad kartką papieru, jak przed ołtarzem. - Twoje uczucia są niskie.
Na ostatnie słowa położyła szczególny nacisk. W ołówku pęka grafit.
- Idź już – patrzy na zegarek. - Jutro będzie zwyczajny dzień, a po nim zwykła noc...
Kichnęła. Uniosła w górę podkoszulek odsłaniając brzuch, który kiedyś całowałem i wysmarkała się. Wstałem i wyszedłem na dwór. Chciałem popatrzeć na księżyc, ale nie było żadnego księżyca na świecie.
Z odrętwienia wyrywa mnie telefon.
- Halo, Josef? Słyszysz mnie? - Z aparatu wypływa trzask i kobiecy głos.- Mówi Ela. Słyszysz mnie?
Z lekka przeciąga końcówki. Człowiek ma wrażenie, że robi sobie manicure łechtaczki podczas rozmowy. Zaprasza nas do siebie.
Za oknem głęboka jesień. Długi, zimny, księżycowy zmierzch. Mżawka zawisła nad lasem; szeleści jakby była z napięcia.
- Nigdzie nie idę – rzuca w biegu Kalinowa.
Najpierw znika na pół dnia, rzekomo na zakupy, a później wraca z miną, jakby ją potrącił samochód. Dzierży torebkę fistaszków. Ledwo zdejmuje płaszcz, a już kłamie, jak ostatnia zdzira. Zastanawiam się głośno, co takiego może ją zajmować tego wieczora.
- Teatr, miesiączka, a może zepsuł ci się rower? - wyliczam.
Piękne kobiety mają szczególną umiejętność do wciskania najszczerszych pod słońcem kłamstw. Nagle okazuje się, że jakaś rzeźbiarka, stara kumpela jeszcze z czasów żłobka, ma dzisiaj wystawę w Wozowni. Kiedy to mówi, zerka na boki.
- Oj tam, przestań, będziesz się szlajać po galeriach.
Po godzinie stwierdza, że to całkiem fajny pomysł z tym wyjazdem. I jedziemy.
Ela jest już trochę wstawiona, Kalinowa spogląda na nią swoim sowim okiem. W głośnikach wibruje muzyka, posadzka odbija cały ten splendor i szelest wieczorowych sukni. W wielkim akwarium pływają wielkie ryby. Jest też trochę ludzi.
- Jesteście kaskaderami? Pani maluje?
Patrzą na nas jak na parkę pawianów w zoo. Kalinowa paraduje w klapkach pogwizdując, ma na sobie marynarskie szorty i luźną koszulę. Dostajemy szampana i wspólnie z innymi gośćmi zmierzamy wolnym krokiem na taras, gdzie wiatr porywa ze stołu serwetki. Dokoła miła, rodzinna atmosfera.
Księżyc zwija szkice z nieba, z mroku wyłaniają się przesympatyczne zjawy, brzęczą rozmowami. Ktoś rozsypał kokainę. Wszystko dzieje się w ogrodzie pod rozhuśtanymi lampionami, w otoczeniu umarłych krzewów, kwiatów i świec.
W drodze do łazienki widzę dziewczynę, właśnie robi piruet. Kiedy ją mijam, zahipnotyzowana chwyta się mojego ramienia i płynie za mną jak w transie.
Po ablucji ciągnie na górę - Kalinowa w mig wyczuwa orgię - niczym upiór pojawia się w drzwiach; zastaje nas splątanych w jadowitym uścisku. Ja mam opuszczone portki, a dziewczyna zadartą kieckę. Wciskam się w nią z wielką pasją, szaloną namiętnością, między lubieżnie rozwalone nogi. Staje w drzwiach i nie spuszczając z nas oczu, Kalinowa, odpala sobie papierosa. Nie pamiętam jak znalazła się w łóżku; wpatrzony w portret Eli przytrzymującej sobie kapelusz w górskiej scenerii, zawieszony nad łóżkiem, wydał się świat cały jednym erotycznym pęcherzykiem powietrza pływającym na powierzchni jakiejś kosmicznej kałuży. Wystrzeliłem. Przeklęta jedna kropla wpadła w oko Kalinowej. Z furią rzuciła się w stronę drzwi, zbiegła po schodach klapiąc klapkami...
- Jak mogłeś mi to zrobić? - pyta, kiedy wskakuję do piwnicy przez okno. W głosie ma smutek i żal. W pomieszczeniu jest ktoś jeszcze.
- Myślałem, że zostaniesz – mówię, przystawiając krzesło do stołu. - Byłaś taka zadowolona. Nie wiem dlaczego tak nagle odeszłaś. Co się stało?
Siadam i z czułością gładzę jej włosy.
- Zaraz chciałem za tobą biec, ale ta sucz przywarła do mnie, objęła nogami...
- Ty gnoju.
Czoło przeszywa głęboka fałda gniewu. Boeing 777 leci dziobem prosto w moją jedyną prawą skroń. Uchylam się.
- Później – ciągnę dalej, prostując się i wygładzając koszulę – zażyczyła sobie, bym odprowadził ją do domu. Wyobrażasz to sobie? Przed domem matki podciąga kieckę, w zimnej mgle opiera się o czereśnię, rozstawia nogi, dostojnie wypina... Cóż miałem robić? Pomyśl tylko, jakie to ryzykanckie, nawet bohaterskie: gdyby tak mamusia przebudziła się na siusiu, a w drodze usłyszała te wszystkie dźwięki: klapsy, szermiercze pchnięcia, wszystko z udziałem jedynaczki...
Przyjmuję ćwierć butelki piwa - na głowę. Krople zmieszane z jadem śliny spływają po karku, plecach. Momentalny przypływ energii. Wycieram twarz kawałkiem jakiejś szmaty i pytam:
- Kim jest ten gość?
Patrzy na mnie z pogardą, milczy, spuszcza wzrok. Te wszystkie radosne chwile, dziś już stracone... Kiedyś jeszcze będzie chciała zapiąć na nim swoją obrożę, przypiąć go sobie do serca i rządzić jego wyborami. I nigdy już nie zrozumie, że zawsze istnieje jakiś nowy świat, niedostępny dla niej raj – ciche kroki Boga, stwarzające nowe okoliczności – i, jeśli tylko nie zaprzedał swojej duszy, i nie poświęcił się na całej linii, wejdzie tam, w ten świat, za każdym razem, gdy otworzą się drzwi.
- Poznałam go na przejściu dla pieszych – wyznaje po chwili.
Jest już spokojna. Uśmiecha się nawet pod nosem.
- To moja podświadomość – tłumaczy - nie wiedziałam, że mam ją tak rozbudowaną.
Rozgląda się jak złodziej, który ma przeczucie.
- Gdzieś w głębi - ciągnie - pałałam zemstą i proszę: pojawił się.
Rzuca tęskne spojrzenie w stronę wyrka, sięga po butelkę, pije, po czym odstawia z wielkim zadowoleniem; pociąga nosem; drugą ręką wyciera sobie brodę.
- Przeprowadził mnie na drugą stronę ulicy; podał rękę, a na odchodne ucałował w czółko. (Śmiech) I odszedł. Ot zwyczajna przysługa o trzeciej w nocy. Żadnych telefonów, imion, nic. Zawołałam go, ucieszył się; odprowadził do domu. W drodze rozmawialiśmy, ach, jak pięknie rozmawialiśmy; od razu zrobiło mi się lżej na duszy. Poczułam się zrozumiana; doprawdy, myślę, że nie ma się czym przejmować, kiedy chociaż jedna osoba na świecie potrafi cię zrozumieć. I już mi lepiej, już jest okey. Chcę papierosa...
Zapatrzyła się gdzieś ponad łóżkiem poprzez mrok rozproszony płomieniami świec; na ścianach tańczyły obłąkane cienie. Podałem jej ogień; wiedziała, że się przyglądam. Mrużąc oczy, zerknęła na boki, jakby wokół tańczyły krasnale.
- To Koziorożec – mówi pochylając się nad stołem. - Ma trzydzieści trzy lata.
Chcę coś powiedzieć, ale unosi dłoń, nakazując milczenie. Właśnie wpadł jej do głowy jakiś pomysł, większa myśl, warta zapisania.
- Kocham cię – wymamrotałem.
- Nie będę słuchała o twojej miłości - mówi zgarbiona nad kartką papieru, jak przed ołtarzem. - Twoje uczucia są niskie.
Na ostatnie słowa położyła szczególny nacisk. W ołówku pęka grafit.
- Idź już – patrzy na zegarek. - Jutro będzie zwyczajny dzień, a po nim zwykła noc...
Kichnęła. Uniosła w górę podkoszulek odsłaniając brzuch, który kiedyś całowałem i wysmarkała się. Wstałem i wyszedłem na dwór. Chciałem popatrzeć na księżyc, ale nie było żadnego księżyca na świecie.
Ostatnio zmieniony 21 sty 2017, 17:04 przez Josef Hosek, łącznie zmieniany 7 razy.
Już dawno był dzień, lecz wciąż jak gdyby było przed świtem.
Dostojewski
Dostojewski
- Gorgiasz
- Moderator
- Posty: 1608
- Rejestracja: 16 kwie 2015, 14:51
Re: Spacer z Kalinową
Usunąłbym „tej”. Nie wiemy o jaką piwnicę chodzi i nie mamy ich dużego wyboru.Z okien tej piwnicy przypomina martwy księżyc.
W początkowym fragmencie rażą mnie krótkie zdania (równoważniki zdań). Dalej zresztą też.
Niezależnie od światopoglądu, z czysto literackiego punktu widzenia, to nie brzmi dobrze. Napisałbym: Bóg umiera.Mam wrażenie, że Bóg zdycha.
- Halo, Josef? Słyszysz mnie? - Z aparatu wypływa trzask i kobiecy głos. - Mówi Ela. Słyszysz mnie?- Halo, Josef? Słyszysz mnie? - z aparatu wypływa trzask i kobiecy głos.- Mówi Ela. Słyszysz mnie?
Jeśli mianownik brzmi Wozownia – to Wozowni.Nagle okazuje się, że jakaś rzeźbiarka, stara kumpela jeszcze z czasów żłobka, ma dzisiaj wystawę w Wozownii.
„wszystkich – Wszyscy”: powtórzenie.Kalinowa spogląda na wszystkich sowim okiem. Kilkuosobowe grupki rozsypane w salonie, w kuchni, w ogrodzie. Wszyscy, co do jednego, zgięci w stawie łokciowym.
Ładne.Księżyc zwija szkice z nieba.
Rażąco krótkie, poszarpane zdania – az się proszą o połączenie:
Księżyc zwija szkice z nieba. Z mroku wyłaniają się zjawy. Brzęczą rozmowami. Ktoś rozsypał kokainę. Wszystko w ogrodzie pod rozhuśtanymi lampionami. Wśród umarłych krzewów, kwiatów i świec.
W drodze do łazienki mijam dziewczynę. Robi w miejscu piruet. Kiedy przechodzę, zahipnotyzowana chwyta mnie za ramię. Płynie za mną.
No i proszę, potrafisz skonstruować długie, ciekawe zdanie.I nigdy już nie zrozumie, że zawsze istnieje jakiś nowy świat, niedostępny dla niej raj – ciche kroki Boga, stwarzające nowe okoliczności – i, jeśli tylko nie zaprzedał swojej duszy, i nie poświęcił się na całej linii, wejdzie tam, w ten świat, za każdym razem, gdy otworzą się drzwi.
Bardzo ładne i pasujące do całości zakończenie.Chciałem popatrzeć na księżyc, ale nie było żadnego księżyca na świecie.
Nierówny tekst; według mnie do przepracowania – szczególnie te krótkie zdania. Są ciekawe frazy, partiami nastrój, ale całość albo zbyt rozwlekła, albo za krótka; jakaś zakłócona równowaga – to trudne do określenia, jednak pozostawia uczucie niedosytu. Ale pomijając powyższe – nieźle napisane i może się podobać..
- EdwardSkwarcan
- Posty: 2660
- Rejestracja: 23 gru 2013, 20:43
Re: Spacer z Kalinową
Przyznam się, że lubię czytać dłuższe zdania i u Ciebie musiałem się męczyć.Josef Hosek pisze:Jakby gasły po kolei wszystkie światła, wszystkie słońca w okolicy.
Treść można przełknąć

- Josef Hosek
- Posty: 108
- Rejestracja: 07 maja 2016, 15:14
Re: Spacer z Kalinową
Spoko, spoko, panowie, jeszcze będzie z tego numero uno. Już dzisiaj trochę poprawiłem, dzięki wskazówkom Gorgiasza, za które zresztą bardzo dziękuję. Jestem pełen szacunku dla tych, którzy pochylają się nad mniej utalentowanymi sierotami, tracąc przy tym swój cenny czas. Bardzo, bardzo dziękuję.
Jak już mówiłem dzisiaj, jutro strzelę korektę.
Edward, super dzięki za przybycie i poinformowanie mnie, co lubisz, i co jest do przełknięcia. Mam nadzieję, że w przyszłości, jeżeli jeszcze trafisz na jakiś mój tekst, nie zamęczę Cię.
Pokłony.
Jak już mówiłem dzisiaj, jutro strzelę korektę.
Edward, super dzięki za przybycie i poinformowanie mnie, co lubisz, i co jest do przełknięcia. Mam nadzieję, że w przyszłości, jeżeli jeszcze trafisz na jakiś mój tekst, nie zamęczę Cię.
Pokłony.
Już dawno był dzień, lecz wciąż jak gdyby było przed świtem.
Dostojewski
Dostojewski
- skaranie boskie
- Administrator
- Posty: 13037
- Rejestracja: 29 paź 2011, 0:50
- Lokalizacja: wieś
Re: Spacer z Kalinową
Jaja sobie z nas robicie, Tpwarzyszu... po piórze?Josef Hosek pisze:pochylają się nad mniej utalentowanymi sierotami
Masz nieprzeciętny talent, o czym świadczy, że nawet rozmowę z młodą laską przerwałem dla doczytania do końca. Fakt, nie zapowiadała się aż tak atrakcyjnie, jak pewne fragmenty opowiadania, ale przecież z góry nie mogłem tego wiedzieć.
Uważam, że napisałeś kawałek doskonałej prozy. Zmusiłeś starą małpę do dobrnięcia do końca, co w efekcie wcale nie okazało się katorgą, a raczej przyjemnością.
Przyjemność za przyjemność zatem



Kloszard to nie zawód...
To pasja, styl życia, realizacja marzeń z dzieciństwa.
_____________________________________________________________________________
E-mail
skaranieboskie@osme-pietro.pl
To pasja, styl życia, realizacja marzeń z dzieciństwa.
_____________________________________________________________________________
skaranieboskie@osme-pietro.pl
- Josef Hosek
- Posty: 108
- Rejestracja: 07 maja 2016, 15:14
Re: Spacer z Kalinową
A gdzież tam jaja... Poniosło mnie i tyle.
Bardzo dziękuję za komentarz, za przeczytanie tekstu, za browarka...
Twoje zdrowie!

Bardzo dziękuję za komentarz, za przeczytanie tekstu, za browarka...
Twoje zdrowie!

Już dawno był dzień, lecz wciąż jak gdyby było przed świtem.
Dostojewski
Dostojewski
- eka
- Moderator
- Posty: 10470
- Rejestracja: 30 mar 2014, 10:59
Re: Spacer z Kalinową
Widzę znaczne zmiany w opowiadaniu, Josef. Inaczej rozłożyłeś akcenty w pierwowzorze. Teraz fabuła ciąży bardziej ku Kalinowej, jej decyzjom.
Jak zawsze najbardziej mi się podoba wchodzenie w głąb rzeczywistości przy pomocy tych lirycznych wtrętów, dobrych kawałków z pól prozy poetyckiej, czyli bardziej kreacja niż fikcyjne naśladownictwo.
I fantastyczne zakończenie, symbolika słów, która wybór bohaterki czyni sacrum.
Liczba i przedział z horoskopu i okoliczności spotkania z następcą bohatera.
Wyrazy uznania.

Jak zawsze najbardziej mi się podoba wchodzenie w głąb rzeczywistości przy pomocy tych lirycznych wtrętów, dobrych kawałków z pól prozy poetyckiej, czyli bardziej kreacja niż fikcyjne naśladownictwo.
I fantastyczne zakończenie, symbolika słów, która wybór bohaterki czyni sacrum.
Liczba i przedział z horoskopu i okoliczności spotkania z następcą bohatera.
Wyrazy uznania.

- Josef Hosek
- Posty: 108
- Rejestracja: 07 maja 2016, 15:14
Re: Spacer z Kalinową
Rzeczywiście tekst został zmieniony, trochę za pomocą Gorgiasza, który otworzył mi oczy swoim komentarzem, a trochę dzięki Twojemu ostatniemu utworowi, w który wpatrywałem się jakiś czas, wyławiając z pomiędzy linijek ducha literatury.
Pięknie dziękuję za komentarz, Eko.
Pięknie dziękuję za komentarz, Eko.
Już dawno był dzień, lecz wciąż jak gdyby było przed świtem.
Dostojewski
Dostojewski
- Alicja Jonasz
- Posty: 1044
- Rejestracja: 24 kwie 2012, 9:01
- Płeć:
Re: Spacer z Kalinową
O samotności we dwoje. Takie moje wrażenie po pierwszej lekturze. Ten rodzaj prozy dla mnie. Pozdrawiam 

Alicja Jonasz
"A kiedy przyjdzie także po mnie
Zegarmistrz światła purpurowy
By mi zabełtać błękit w głowie
To będę jasny i gotowy"
Tadeusz Woźniak
"A kiedy przyjdzie także po mnie
Zegarmistrz światła purpurowy
By mi zabełtać błękit w głowie
To będę jasny i gotowy"
Tadeusz Woźniak
- Josef Hosek
- Posty: 108
- Rejestracja: 07 maja 2016, 15:14
Re: Spacer z Kalinową
A to bardzo ciekawy komentarz, w dalszej części opowiadania jest dużo samotności. Fajnie, że to dostrzegłaś, Alicjo. Dziękuję.


Już dawno był dzień, lecz wciąż jak gdyby było przed świtem.
Dostojewski
Dostojewski