Sprawozdanie z tygodnia

Apelujemy o umiar, jeśli chodzi o długość publikowanych tekstów.

Moderatorzy: Gorgiasz, Lucile

ODPOWIEDZ
Wiadomość
Autor
Awatar użytkownika
eka
Moderator
Posty: 10470
Rejestracja: 30 mar 2014, 10:59

Sprawozdanie z tygodnia

#1 Post autor: eka » 11 lut 2017, 10:24

Poniedziałek.
Poranek zamglony, ale ciepły. Według prognozy w południe wyjdzie słońce. Jesień uraczywszy wrześniowym chłodem, pod koniec października spełnia się w dziesiątkach nitek babiego lata. Powrót do klimatu wysokich korytarzy Collegium Maius, wchłaniania niebolących znaczeń, nieciążących opinii na tematy lekkie - przynosi pożądaną odmianę. Fajnie jest być między normalnymi ludźmi, w nurcie, gdy przeszłość zameldowana na ulicy zadżumionych.
- Tak, tak, wszystko okej.
Małe dociążenie było. Pod koniec drugiej godziny zajęć spiera się z młodym doktorem, że akt decydowania o swojej śmierci nie musi być dowodem choroby, a upatrywanie w życiu największej wartości, jest zaledwie tkwieniem w prostym polu biocentrycznym. Przekonuje, że każdy ma prawo do obszaru nasyconego czymś więcej niż trwanie i nie, nie przystaje na tłumaczenie, że myśli samobójcze są wyłącznie wynikiem zaburzeń biochemicznych mózgu. Uśmiecha się, gdy poirytowany oponent przywołuje niezwykłą skuteczność psychotropów nowej generacji. Tu cię mam, doktorku.
- Gdyby tak było, pacjenci w stu procentach byliby wyleczeni, a przecież nie maleje odsetek samobójców.
- Czasami nawet chorzy na pospolite zapalenie płuc umierają mimo kuracji antybiotykami.
- Ale ta śmierć w żadnym wymiarze nie zależy od ich woli.
- To właściwie za czym pani optuje?
- Za pozostawieniem prawa wyboru, antagonizm wartości w tej sferze jest pożądany, jest wolnością.
- Czyli nie powinno się leczyć głębokich depresji?
- To przejaskrawiona antyteza doktorze, wyjdźmy poza erystykę dla rzetelności sporu.
- Pani jest idealistką, trudno o rzetelność z tej perspektywy.
- Idealiści są bardziej sceptyczni niż realiści, pan na przykład poznał lęk przed samym sobą? – pyta i czuje, że przekracza obowiązującą relację, więc dodaje szybko – Teraz już mogę być pana potencjalną pacjentkę, prawda?
W małej salce rośnie śmiech, to dobrze, ostatnią rzeczą której pragnie, jest autentyczne zainteresowanie jej autodestrukcją.

- Nie jesteśmy w Uniwersum jedyną miarą i twórcą sensu. Byt w tej kwestii jest wyrozumiały, mnoży co prawda przeszkody w postaci silnego instynktu samozachowawczego, lecz właśnie w ten sposób pozwala odczuć siłę wartości wyższych niż samo życie, jeśli potrafimy nim ryzykować.
Mówi to na skąpanym w słońcu skwerze, większość palaczy przytakuje, więc kończy:
- Ludzie, teraz gdy jesteśmy piękni i młodzi, to żyjmy!
Co znaczy: żyć mocno? Zamiast na kolejnych zajęciach ogarniać niuanse prawa penitencjarnego, analizuje swój czas, jaki jest jego dekalog? Jak zamknąć go celnie i rzetelnie w słowach?
Za przybrudzonym oknem powódź kolorów, bizantyjski przepych odcieni przed nadchodzącą prawdą przejrzystego listopada. Tęskni za jego surową uczciwością, bo wtedy nie ma łatwych ucieczek w piękno poza siebie. Obnażony, bezlistny listopad. Czego chcę do potęgi entej? Czy naprawdę wystawiania swojej siły na nieustanną próbę? Może kocham najbardziej za to, że stwarzasz pola wyzwań? Dajesz szansę na wysoką, i o ironio, stabilną samoocenę, więc kochajmy trudzących się nad nami egzaminatorów... czy katów raczej? Nie użalaj się nad sobą pięknoduchu i nie twórz poematów, idź za odruchem. Przypomina się właśnie nadchodzącą sobotą, czy będziesz myślał o mnie, w USC zakładając Ani obrączkę?
Myśli krążą, niczym kołujące kruki zdenerwowane obecnością hien nad padliną, ale nie złamie ta opcja, nie przejdę ani nad, ani pod miłością.

Z sali wychodzi ostatnia, zdziwiona, że tak cicho wokół.
Długi spacer na koniec miasta, w pokoju Bach, a potem odlot w uboższą prawdę. Jest wieczór, jest sama, jest pragnienie. W pamięci telefonu jego głos i niechby już tylko tam, przyzwyczajaj się do braku twarzy, dopasuj do klęski, a może w niej zwycięstwo?
I nie odbiera ponagleń o kontakt, zamyka siebie w dławiącym ograniczeniu.
W bólu, który wytrzymuje – straszne nie. Zasypia i to jest najważniejsze w zasadzie.

Wtorek.
Biblioteka. Socjologia instytucji penitencjarnych. Obiad z dziewczynami. Telefon od Konrada. Systemowe zarządzanie ryzykiem recydywy. Spacer. Olka i kolacja. Brak wiadomości od niego.

Środa.
Mediacje. Kompetencje międzykulturowe w pracy profilaktycznej. Blamaż. Ucieczka do znajomych z akademika. Niezamykające się drzwi - rozdrażnienie i pragnienie ciszy. Wieczorem Olka i jej załamanie, poleconym od Marcina przyszedł pozew o rozwód. Długa z nią rozmowa, niestety bez efektu. Spojrzenia na telefon. Cisza.

Czwartek.
Basen, aby oderwać Oleńkę od wczorajszego ciosu. Lekka metamorfoza jej nastroju, odprowadzenie na zajęcia. W bibliotece książki, wyszukiwarka, książki, kawa, wyszukiwarka, nie może wygłupić się za tydzień przed profesorem jak wczoraj, bo za tydzień wciąż będzie, wytrzyma. Dopadnięcie telefonu po powrocie. Brak próby kontaktu. Olka, wino, winy, decyzja o wspólnym wyjeździe jutro do domu. Koszmar zasypiania i koszmar spadania wodospadem we śnie.

Piątek.
Dzień przed.
Wypchnięcie Olki na zajęcia. Spotkanie przed biblioteką, Konradowi brakuje czasu na rozmowę, pytające spojrzenie na białe opakowanie wciskane w dłoń:
- Będzie ci lżej.
Biblioteka. Kawa. Lipowa i ten idiotyczny, dławiący, rozjątrzający czas przejścia pod ich domem. Powrót na Słoneczną. Milczenie telefonu. Kurwa, no co niby ma ci powiedzieć na dzień przed swoim ślubem? Karci się, wyłącza, wrzuca telefon do szuflady biurka. Papierosy, papierosy i wiersz jak brud w brulionie, więc pisze do niego: Wszystko u mnie w porządku. Wyłącza i rzuca telefon ponownie do szuflady.
Po dwóch godzinach gotowe do drogi bezradnie zaglądają pod maskę samochodu, wiekowe audi Olki nie chce odpalić.
- Olka, to i lepiej, po co z tobą wylądować w przydrożnym rowie.
Wieczorem dworzec na przedmieściu, peron i tłok, krótkie czekanie na ostatni pociąg. Dalekobieżny a ma przyjechać planowo, czy to możliwe? - dziwią się ironicznie. Nadjeżdża.
- Nie odwracaj się! - szepcze Olka i ciągnie za rękę na początek składu. Wchodząc do wagonu, odwraca się i nie widzi niczego niepokojącego na peronie. Dopiero gdy znajdą miejsca siedzące, słyszy, że Jaku był parę kroków za nią. Anka też.
Ciśnienie szaleje do końca drogi. Przed stacją pyta:
- Olka, bierzemy taksówkę?
- Zwariowałaś? Mam trzy kroki do domu.
Na peronie zostawia Olkę i skacze po dwa stopnie w dół. Łącznik, wyjście na ulicę, spojrzenie na postój.
Wsiada do pierwszej taksówki. Na tylnym siedzeniu wreszcie czas na głęboki oddech.
- Szopena 35, proszę.

Sobota.
Rodzinne śniadanie. Trudno ukryć niepokój, wychodzi z domu pod pretekstem dokupienia zniczy. Co by rodzice powiedzieli? Nie ma sensu dzielić się prawdą.
Nurt rzeczki i mostek, stare topole najszybciej pojmują naturalny wyrok jesieni, są już niemal bezlistne. Nogi niosą pod jego dom, zna tu każdy centymetr przestrzeni, uśmiecha się, widząc dwupoziomowy dach z niską balustradą od ulicy.
Zwalnia.
W tamtym lipcu, dzień po pierwszym powrocie, gdy zdołali oderwać się od siebie, siłą zaciągnął ją na górę i porobił dziesiątki zdjęć, ledwo zdążyła wciągnąć dżinsy, potem śmiejąc się i zapierając, poły zabranej mu koszuli wiązała w gruby węzeł na dachu.
- Zobacz, w twoich oczach widać, gdzie byliśmy.
- Było dobre światło i tyle.
- Światło miałaś w sobie. Teraz też masz.

Czemu to wszystko muszę pamiętać? Najpełniejsze wizerunki na tle nieba.
Spogląda ukradkiem w duże okno na piętrze, widzi głowy siedzących przy stole dwóch kobiet.
To jego matka i jej za parę godzin synowa. Boli, mocno, tylko siebie wpisywała w taki kadr. Przyspiesza. Za rogiem otwiera nową paczkę, ale chowa z powrotem do torebki, wraca do parku i tam zaciąga się dymem. Po raz pierwszy żałuje, że telefon leży na Słonecznej, może napisał, chciał dzwonić, dzwoni? Trudno. To ich sprawa, ich terytoria, nic mi do tego. Ale tamtej wara od jej przestrzeni i lat.
Miejsce, gdzie wszystko się zaczęło, jest niedaleko, tym parkiem codziennie odprowadzał ją ze szkoły, tymi ścieżkami rano szła do niego. Częste spóźnienia na pierwsze, drugie godziny lub całodzienne wagary na odkrywanie siebie, pamiętasz nasze zapatrzenie na korytarzach, na lekcjach trzymanie się za rękę pod ławką? Albo siedzenie po nocach nad bardzo mądrymi książkami, tak bardzo zależało na uznaniu, na tym uśmiechu, kiedy patrzył, jak wygrywała na argumenty z belframi lub z populizmem większości. Sam jej dawał przykład, ta jego siła spokoju, tylko wobec napastliwych z dużą porcją ironii.
Chce tam iść, wrócić do przeszłości. Stara magnolia za płotem szkoły prawie naga, kilka liści czeka na wiatr. Zapuszczony pas cherlawej zieleni przy ceglanym murze. Wysokie, neogotyckie drzwi. Chwyta za klamkę i naciska kilka razy. Szarpie zamkniętą przeszłość. Nie można dwa razy wejść w ten sam blask. Wraca. W pobliżu jego domu nie wie, nie ma siły, jak unieść tamtej obecność w pokoju, gdzie pięć lat temu uczynił ją kobietą? Samej siebie jej żal, nad sobą się lituje. Nienawidzi tego.
Cofa się sprzed rodzinnego domu, obiecała przecież kupić znicze na Wszystkich Świętych.
Po powrocie zastaje w domu wuja, brata mamy z rodziną, cztery osoby więcej do przetrzymania i to aż do poniedziałku wieczorem. Nie, myśli, na taki teatr siły nie mam. Spina się po obiedzie, tłumaczy konieczność powrotu niezabranym telefonem i książką niezbędną do napisania referatu. Tato patrzy z niepokojem, czuje kłamstwo, mama jest zbyt przejęta niespodziewaną porcją obowiązków. Pościele, posiłki, cała ta zabawna logistyka rodzinna.
- Przyjadę pojutrze, nie żegnajcie mnie tak mocno - śmieje się do dwóch młodszych kuzynów.
- Mamo, umieść ich w moim pokoju, jeden kłopot mniej, prawda?

W pociągu szarpie ją gorycz. Taksówką dociera na Słoneczną. W mieszkaniu wita wczorajszy esemes od niego. Muszę się z tobą zobaczyć, proszę, nie uciekaj. Nie odpisuje. Ma teraz ciszę na własność, podświetlony park za oknem, brulion z wierszami i słowa pisane goryczą dnia poprzedniego.


dalej – powtarza noc – dalej
przechodź bezmyślnie
bo czym jest dzień

konduktem nocy

trwanie nasze
jaką obelgą cię pojąć
pogardą wysłowić jaką


Zaparza mocną, aromatyczną kawę i ucisza myśli, które obrażają. Słyszy pukanie. Zła idzie do drzwi.
- Bałem się.
I nie ma żadnych pytań, jest radość i unosi.
- Nie stój na progu.
Po chwili milczenia, w kuchni robiąc mu malinową herbatę, słyszy:
- Nasze zwycięstwo.
- To musi być miłość, prawda?
- Wątpiłaś?
Czyni ją wspólnikiem, opowiada jak uciekł.
- Powtarzałem Ance, że boję się o ciebie. Czemu nie zabrałaś telefonu? Odbieraj i nie wyłączaj, nie zamykaj się w wieży, już nie skrzywdzę złą wiadomością. Widziałem na peronie ucieczkę po schodach, ciągle o tym myślałem. Od twoich rodziców usłyszałem, że wróciłaś i wtedy naprawdę się przeraziłem.
- Kolejnego podejścia?
Kiwa głową.
- Nie zrobię już tego, nie zabierzesz mi życia.
- Chcę ci podarować swoje, tylko nie wiem, czy dobrze na tym wyjdziesz.
- Ona o tym wie?
- Nie, tylko my, pomożesz? Dasz mi swą cierpliwość? Myślę, że to nie potrwa długo.
Widząc, jak ucieka wzrokiem, mówi cicho:
- Ułatwię ci to, zobaczysz.
- Jak?
- Już nie będę z nią mieszkał na Lipowej.
- Ona to zaakceptuje?
- A ty mogłaś?
- Podobno jestem silna.
- Każdy może być.
- Myślisz, że jest szansa?
- Ona musi...
- Odejść sama?
- Dajmy jej czas, musi uwierzyć w siebie.
Uciekają potem w bliskość, by nie czuć winy. Nie potrafi jednak ukryć smaku zwycięstwa, a on wie, że nie mogło być inaczej. Tej nocy pod opieką bluesów zdobywa jej zachwyt, największy z dotąd poznanych.

Niedziela.
Budząc się, widzi go nad wierszami. Kiedyś pewnie by się bała, ale dziś spokojnie obserwuje wertowanie zawartości notatnika. Zauważa jej spojrzenie, przynosi brulion i czarny długopis.
- Skreśl ten ostatni i napisz nowy.
- Powiedz mi, czy ci zależało, no wiesz, czy biegałeś za dziewczynami, kiedy nie byłeś ze mną?
- Laki, to było proste, tak naprawdę same przychodziły i wystawiały się na porównania. A z tobą jak było?
Zamazuje czarnymi liniami gorzkie wersy i po chwili, licząc w myślach do pięciu, patrzy mu spokojnie w oczy.
- Tak samo.
Śmieją się.
- Nie wkurzysz się Żmijko, jak podrzucę szczegół?
- O panienkach? Nie.
- Bywało, że rano wychodziła jedna, po południu przychodziła druga, a wieczorem na imprezę była kolejna, wiesz jak trudno bezkolizyjnie zarządzać takim majątkiem?
- Skąd mam wiedzieć, opowiedz.
Widzi niebiesko-zieloną chmurę w jej oczach.
- Nie myśl, że nie bolało, kiedy szalałaś po klubach. Zawsze gdy wchodziłem, sprawdzałem, czy się nie zderzymy. Kiedyś widziałem, jak przyszłaś z jednym, a później dwóch innych czarowałaś.
Siada mu na kolanach, głaszcze nieogolony policzek.
- Kochanie, to nie nasza wspólna przeszłość.
- Lepiej ją w końcu oswoić.
- Zamknijmy ją w fakcie, że była i minęła.
- Boisz się, że będę ci wyrzucał?
- Chyba nie możesz, jeśli musisz teraz zadzwonić do niej.
Wyjmuje telefon z kieszeni jego kurtki. Włącza, podaje, idzie do kuchni, nie chce słyszeć ich rozmowy. Podąża za nią.
- Nie uciekaj, posłuchaj, co jej powiem.
- Ostrożnie Jaku, dzisiaj miała być jej noc poślubna.
Popłoch w spojrzeniu.
- No dzwoń, miejmy chociaż to jedno za sobą.
- Kocham cię za liczbę mnogą.
- A ja za to, że mnie tak długo już nie ma.
- Czy dobrze rozumiem?
- To proste, będę mieć siebie na własność, kiedy przestanę kochać, ale już nie wiem, co byś musiał złego zrobić, nawet gdybyś umarł…
- Chodź tu.
Ucieka do dużego pokoju i otwiera okno. Chwila jest za głęboka, bez dna, nie do utrzymania.
A on idzie po niej jak po linie nad przyszłością.
- Spójrz Jaku, w nocy musiał być mróz.
- Skąd wiesz?
- Tak szybko opadają liście z kasztanowców.

Stoi za nią, zamyka w ramionach, kołysze. Patrzą na stare drzewa. Nie ma odwrotu, wrastają.
Listopady, listopady... po prostu bądźcie.
Ostatnio zmieniony 12 lut 2017, 17:19 przez eka, łącznie zmieniany 1 raz.

elka

Re: Sprawozdanie z tygodnia

#2 Post autor: elka » 11 lut 2017, 18:32

Powiem szczerze, że nieźle mną wstrząsnęło to opowiadanie. Realizm w czystej postaci. Czułam ból, tęsknotę i obawy... :bravo:

Pozdrawiam.elka. :rosa:

Awatar użytkownika
EdwardSkwarcan
Posty: 2660
Rejestracja: 23 gru 2013, 20:43

Re: Sprawozdanie z tygodnia

#3 Post autor: EdwardSkwarcan » 11 lut 2017, 18:43

Napracowałaś się Ewo i podziwiam Twoją cierpliwość.
Historia staje się ciekawa, kiedy jest ubrana w interesujące obrazy .
Fajnie oddane przeżycia i te wahania podałaś czytelnikowi, ze smaczkiem tajemnicy.
Powoli, krok po kroczku, żeby zjadała go ciekawość co dalej.
Zastanawiałem się tylko przy "trwanie i nie, nie.."
Mężczyźnie trudniej wczuć się w sytuację, bo gro czasu poświęcone kobiecie, jednak czytałem z wyczekiwaniem niepewnego końca i dotrwałem, więc praca jest świetna.
:bravo: :bravo: :bravo:

Awatar użytkownika
eka
Moderator
Posty: 10470
Rejestracja: 30 mar 2014, 10:59

Re: Sprawozdanie z tygodnia

#4 Post autor: eka » 11 lut 2017, 19:18

elka pisze:Realizm w czystej postaci. Czułam ból, tęsknotę i obawy...
Bardzo ważna dla mnie opinia. Chciałam to osiągnąć.

----------------------
EdwardSkwarcan pisze:dotrwałem
:jez:

To super.

A co nie tak z tym i nie, nie?

Awatar użytkownika
Alicja Jonasz
Posty: 1044
Rejestracja: 24 kwie 2012, 9:01
Płeć:

Re: Sprawozdanie z tygodnia

#5 Post autor: Alicja Jonasz » 11 lut 2017, 19:24

A ja sobie sobotę i niedzielę przeczytam jeszcze raz, a to, co wcześniej, za trudne dla mnie :D
Alicja Jonasz

"A kiedy przyjdzie także po mnie
Zegarmistrz światła purpurowy
By mi zabełtać błękit w głowie
To będę jasny i gotowy"
Tadeusz Woźniak

Awatar użytkownika
eka
Moderator
Posty: 10470
Rejestracja: 30 mar 2014, 10:59

Re: Sprawozdanie z tygodnia

#6 Post autor: eka » 11 lut 2017, 19:37

Alicja Jonasz pisze:A ja sobie sobotę i niedzielę przeczytam jeszcze raz, a to, co wcześniej, za trudne dla mnie :D
No nie wierzę :jez:

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Moderator
Posty: 1608
Rejestracja: 16 kwie 2015, 14:51

Re: Sprawozdanie z tygodnia

#7 Post autor: Gorgiasz » 11 lut 2017, 21:27

Tekst trudny, przynajmniej dla mnie, czytałem dwukrotnie, bardzo uważnie, ale mam wrażenie, że nie wszystko przyjąłem, zrozumiałem. Chyba sięga nazbyt głęboko, penetruje zawikłany psychologicznie, szczery, żeby nie powiedzieć – osobisty.
Ładne frazy, metafory, ciekawa kompozycja – ujęta w dni tygodnia, choć trzy krótkie pełnią rolę wypełniaczy. Ogólnie – wspaniała lektura.
Pod koniec drugiej godziny zajęć spiera się z młodym doktorem, że akt decydowania o swojej śmierci nie musi być dowodem choroby, a upatrywanie w życiu największej wartości jest zaledwie tkwieniem w prostym polu biocentrycznym.
Może przecinek po „wartości”; formalnie nie jest koniczny, ale ułatwiłby ogarniecie tego zdania.
niż trwanie i nie, nie przystaje
Również uderzyła mnie ta fraza.
To przejaskrawiona antyteza doktorze, wyjdźmy poza erystykę dla rzetelności sporu.
Można dyskutować, czy to tylko erystyka; na pewno w niektórych przypadkach ma to bezpośredni związek z głęboką depresją.
Zgadzam się, że koliduje z wolnością, a ściślej prawem do wolności. Ale ostateczne rozwiązanie nie daje szansy naprawienia błędu, z popełnieniem którego trzeba się liczyć; wiadomo zresztą, że w chwili przekroczenia linii, nader często wszystko ukazuje się w zupełnie innym świetle, tylko wówczas może być za późno na powrót. A tego innego spojrzenia nie jesteśmy w stanie przewidzieć, będąc po tej stronie.
Idealiści są bardziej sceptyczni niż realiści,
Nie sądzę. Realiści są wręcz skazani na sceptycyzm, a idealizm sam w sobie, stanowi potężną broń przeciwko niemu.
Nie jesteśmy w uniwersum jedyną miarą i twórcą sensu.
W Uniwersum nie. Ale przecież jesteśmy światem sami dla siebie. Oprócz tego coraz więcej faktów, poglądów czy teorii (łącznie ze stricte naukowymi) twierdzi, że jesteśmy z Nim Jednością. Przyjmując ostateczne rozwiązanie, negujemy zasadność, nie wyrażamy zgody, chcemy uciec, odrzucić czy ukarać - nie Świat i tak zwaną zewnętrzną rzeczywistość oraz bytujących w niej ludzi, lecz samych siebie.
Byt w tej kwestii okazał się wyrozumiałością, mnoży co prawda przeszkody w postaci silnego instynktu samozachowawczego, lecz właśnie w ten sposób pozwala odczuć siłę wartości wyższych niż samo życie, jeśli potrafimy nim ryzykować.
Nie mam pewności, czy dobrze rozumiem, ale wydaje mi się że powinno być: Byt w tej kwestii wykazał się wyrozumiałością,
Zamiast na kolejnych zajęciach ogarniać niuanse prawa penitencjarnego analizuje swój czas, jaki jest jego dekalog?
Dałbym przecinek po „penitencjarnego”.
Czego chcę do potęgi entej?
Ten fragment jest dla mnie niejasny, jeśli chodzi o podmiot – kogo to dotyczy. Tutaj: „Zamiast na kolejnych zajęciach ogarniać niuanse prawa penitencjarnego analizuje swój czas, jaki jest jego dekalog?” mamy trzecią osobę. A teraz przeskok do pierwszej. Dalej trochę pierwsza, a trochę nieokreślona. Po czym: „Z sali wychodzi ostatnia, zdziwiona, że tak cicho wokół.” znowu trzecia.
Zresztą, może to celowe.

Enbers
Posty: 335
Rejestracja: 30 paź 2011, 21:14
Lokalizacja: Katowice/Jędrzejów/Kraków

Re: Sprawozdanie z tygodnia

#8 Post autor: Enbers » 11 lut 2017, 22:35

Dawno nie czytałem tekstu tak intensywnie przesiąkniętego emocjami. Chociaż przyznaję, że muszę go jeszcze raz przeczytać, żeby więcej zrozumieć.

Ale to kwestia IQ czytającego, nie autora.

:rosa:

Awatar użytkownika
Lucile
Moderator
Posty: 2484
Rejestracja: 23 wrz 2014, 0:12
Płeć:

Re: Sprawozdanie z tygodnia

#9 Post autor: Lucile » 11 lut 2017, 22:52

Enbers pisze:Dawno nie czytałem tekstu tak intensywnie przesiąkniętego emocjami. Chociaż przyznaję, że muszę go jeszcze raz przeczytać, żeby więcej zrozumieć.

Ale to kwestia IQ czytającego, nie autora.
Ja także, ale się postaram

a póki co - chapeau bas, Ewo
L.
Non quivis, qui vestem gestat tigridis, audax


lucile@osme-pietro.pl

Awatar użytkownika
eka
Moderator
Posty: 10470
Rejestracja: 30 mar 2014, 10:59

Re: Sprawozdanie z tygodnia

#10 Post autor: eka » 12 lut 2017, 9:23

@ Gorgiasz
eka pisze:Przekonuje, że każdy ma prawo do obszaru nasyconego czymś więcej niż trwanie i nie, nie przystaje na tłumaczenie, że myśli samobójcze są wyłącznie wynikiem zaburzeń biochemicznych mózgu.
Dwukrotne zaprzeczenie jako wzmocnienie odmiennego stanowiska narratora wobec tezy doktora. Dobitniejszy sprzeciw.
Mnie pasuje.
Enbers pisze:Można dyskutować, czy to tylko erystyka; na pewno w niektórych przypadkach ma to bezpośredni związek z głęboką depresją.
Narrator przecież tego nie kwestionuje, ale nie zgadza się po prostu z podejściem doktora, który każde samobójstwo widzi jako efekt zaburzeń biochemicznych mózgu. Czy wypicie cykuty przez Sokratesa, można podciągnąć pod głęboką depresję?
Gorgiasz pisze:Ten fragment jest dla mnie niejasny, jeśli chodzi o podmiot – kogo to dotyczy. Tutaj: „Zamiast na kolejnych zajęciach ogarniać niuanse prawa penitencjarnego analizuje swój czas, jaki jest jego dekalog?” mamy trzecią osobę. A teraz przeskok do pierwszej. Dalej trochę pierwsza, a trochę nieokreślona. Po czym: „Z sali wychodzi ostatnia, zdziwiona, że tak cicho wokół.” znowu trzecia.
Zresztą, może to celowe.
: ) Celowe, próba wprowadzenia efektu wstęgi Möbiusa do strategii narracyjnej.

Gorgiaszu, bardzo Ci dziękuję za czas poświęcony opku, za ważne refleksje i korektę - oczywiście masz rację, poprawię.
Czytając teraz pierwsze akapity widzę, że coś jest do zmiany jeszcze. Wstrzymam się i ogarnę całość, aby kilkakrotnie nie edytować.
Gorgiasz pisze:kompozycja – ujęta w dni tygodnia, choć trzy krótkie pełnią rolę wypełniaczy.
No fakt : )
Myślę, jednak że gdybym uszczegółowiła te dni - czytelnik nie dotrwałby do końca.

--------------
Enbers, Lucile - dzięki za poczytanie.
: )

ODPOWIEDZ

Wróć do „OPOWIADANIA”