pogrzeb w głowie

Apelujemy o umiar, jeśli chodzi o długość publikowanych tekstów.

Moderatorzy: Gorgiasz, Lucile

ODPOWIEDZ
Wiadomość
Autor
Awatar użytkownika
4hc
Posty: 612
Rejestracja: 18 lut 2017, 14:19
Płeć:

pogrzeb w głowie

#1 Post autor: 4hc » 02 mar 2017, 19:27

[img]http://jest-lirycznie.art.pl/galeria/b/gt.JPG


[/img]


Pogrzeb w głowie
Obrzeża tego miasta wprawiały go w stan, który należy umiejscowić na pograniczu euforii i paranoicznego lęku spotkania kogokolwiek. Małe domki z dużymi mieszkańcami, tak musi wyglądać czyściec. Stado kawek krążyło nad jego głową, jakiś odór przypominający o starości obrócił gwałtownie w lewo i zobaczył cel swojej wyprawy; dom zaskakująco duży, jakby naprawdę ktoś mógł, a nawet mógł chcieć tu mieszkać. Czarne drzwi nieomal dotykały chodnika, a tabliczka na nich oznajmiała, że doktor Nikenam przyjmuje codziennie i przez całą dobę. Nacisnął dzwonek i… cisza. Może jest zepsuty, przecież wszystko się psuje, na przykład w szpitalach jest pełno łóżek z popsutymi ludźmi.
- Otwarte. – oznajmił głos stanowczy choć zmęczony, właściciela takiego głosu nie pyta się o godzinę, bo byłoby to niestosowne, adekwatnie do kupienia nart inwalidzie.
Wszedł do korytarza wyłożonego rybią łuską. Po prawej było okienko recepcji z którego wydobył się stłumiony głos kobiety.
- Pan doktor czeka na pana, proszę to wypełnić zanim pan wejdzie do gabinetu. – z okienka wypełzła ohydnie różowa karteczka w czarne szlaczki.
Rozejrzał się po pomieszczeniu w poszukiwaniu miejsca gdzie mógłby spełnić jej prośbę. W kącie stał stolik łudząco podobny do czerwonego grilla w którym kratkę zastąpiono deseczką, tuż obok stała pufa o kształcie cylindra i była fioletowa. Ulokował się nie wygodnie na zdecydowanie nie tolerujących jego obecności meblach i zaczął czytać ten nieznośnie różowy arkusz zadający mu pytania. Test wbrew pozorom nie był łatwy ponieważ nie wymagał dobrej odpowiedzi na pytania lecz szczerej odpowiedzi – to jakaś farsa – pomyślał, był odrobinę przejęty tym wymaganiem, ponieważ już dawno nikt nie wymagał szczerości, co zresztą było słuszne w jego mniemaniu, ponieważ odżegnywało konflikty. Przemógł się i zakreślił odpowiedzi na kilka pierwszych pytań o płeć i pochodzenie, pozostały dwa ostatnie które zerkały na niego szyderczo. Tak, Nie, Tak, Nie wiem; odpowiedzi proste i świadomość podpowiadająca mu, że oto Ten moment… Ten moment, stres nawiedził go wątpliwościami. Tak, Nie, Tak, Nie wiem. Pierwsze pytanie, „Czy jesteś chory?” wszyscy mu mówią, że Tak, więc Tak, jest chory i ręka wędruje do tej odpowiedzi jako prawidłowej. Pufa zapada się powoli w harmonijkę pod nim, czuje, że gdy sięgnie tyłkiem podłogi to będzie znak, że przegrał, to będzie koniec. Szybkim ruchem zakreślił Nie wiem. Poczuł się źle, jakby właśnie zawiódł tych wszystkich ludzi, którzy tak bardzo wierzyli w niego i w jego chorobę. Pytanie drugie; Tak – Nie – Nie – Nie wiem, „Czy zawahałeś się przy wcześniejszym pytaniu?” odpowiedź oczywista, ale zawstydził się jej, zawstydził się słabości, niezdecydowania. Strach, Tak. Zadrżał lekko, długopis wysunął mu się z palców, ale chwycił go w ostatniej chwili. Tak trudno było mu unikać poprawnych odpowiedzi mijających się z prawdą.
Zwrócił formularz do okienka. Chwilę panowała puszysta cisza, dająca wrażenie zaklejenia uszu.
- Pan doktor czeka. – podszedł do drzwi w kolorze sinym i przystanął, nie był gotów na cokolwiek co miało go spotkać wewnątrz. Znów słabość, to go otrzeźwiło i nadało impet jego wejściu do pomieszczenia. Było ono ciemne, oświetlone fioletowym światłem lamp, po jednej na środku każdej z trzech ścian, a pod czwartą stało biurko tonące w prawie mroku, za nim widoczna była sylwetka na fotelu, bokiem do niego. Usiadł na sofie tuż przy drzwiach, które same zamknęły się za nim. Meble pomieszczenia były nad wyraz proste, nie prostackie lecz proste, co mogło dziwić biorąc pod uwagę stylową (według najnowszych trendów) ekstrawagancję poczekalni.
- Jest pan, czekałem – pauza, był to dziwny głos, nijaki i pozbawiony akcentowania – pan zapewne czeka teraz na moją diagnozę, na terapię, na cokolwiek pan czeka już jest pan rozczarowany, bo jak wyleczyć zdrowego człowieka. Nie jest pan gotów, żeby zaszczepić w nim szczepy choroby ludzkości, mimo, że ma pan objawy wynikające z wychowania to okazał się pan osobnikiem nad wyraz odpornym, mimo to chcę panu pomóc lecz ostrzegam, że jest to przedsięwzięcie ryzykowne. Jest pan gotów stracić wszystko nie zyskując nic poza stratą? Proszę się dobrze zastanowić.
- Tak. – wolał nie myśleć nad tym, miał dość myślenia, którego wynikiem były jedynie wątpliwości.
- Taaaak – głos doktora trzeszczał lekko, ze ściany nad nim wysunęła się dioda pulsująca czerwonym światłem. Głowę doktora ogarnął płomień, doktor Nikenam topił się, roztopiony doktor dostawał się do jeszcze nie stopionego gardła z którego wydobywał się bulgoczący śmiech. On sam czuł, że się zatapia, wtapia się powoli w maź wywołującą sny…


+++


Galaktyka drobnych zdarzeń, małych cierpień, szczątków złości, strzępków marzeń i zalążków szczęścia, okruszyn śmiechu, ziaren niespełnienia. Bez czucia palce przebierają w tym ścierając coraz bardziej i bardziej aż proch i pył są tym co jest cokolwiek warte w kosmosie. Wydobywam się, najpierw jako myśl, wspomnienie samego siebie. Wypływam na powierzchnię świadomego postrzegania własnego istnienia. Staję się ciałem powoli i opornie, boleśnie. Nie uleczony, nic się nie leczy poza ciałem, poza po obudzeniu ta sama co przed snem. Oprowadzam się po sobie, tu krew, a jeśli tu zatkam to znika, tu sens. Podstępnie otwieram powieki, przestrzeń, nierówności i chropowatości, o nie potyka się spojrzenie. Chwila bez kontrastu i koloru, wdech i wzrok zanika by powrócić z siłą daną wonią powietrza, delektuję się nią. Szelest przemieszcza zmysły w kąt i ogłuszający strzał pręcika żarówki co pękł i ciemno.

(zapada ciemność, gasnął wszystkie światła, z lewej na prawo wychodzi, po odgłosie szpilek sądząc kobieta, wnosi tablicę z fluorescencyjnym napisem:


zaawansowane stadium



(napis znika)


Jest noc. Kilka minut temu zaczął się Wielki Czwartek roku 2009. Nie jestem w stanie zasnąć, moje myśli błądzą od tego jaki człowiek jest mały w dzisiejszym świecie do pełni księżyca której się boję. Będzie ona impulsem dla czegoś potężnego, boję się jej a zarazem fascynuje mnie swą potęgą. Odczuwam jej kroki jak chory nocą w szpitalu słyszący bieg lekarza po korytarzu. Nie będę opowiadał o końcu bo to nie tak, wszyscy już dawno koniec mają w głębokim poważaniu i ci wierzący i nie, ci wierzący ze względu na to że dla nich końca nie ma a reszta… koniec i już, co ja będę się przejmował, co nie? Gówno prawda, wiem, ale wracając do zbliżającej się pełni, to nie tak, że to będzie kataklizm (choć może i będzie, choć może nie ogólnoświatowy, a mój osobisty lub kogoś mi bliskiego), ale raczej to będzie impuls, taki kamyczek co robi lawinę. W sumie to mało istotne, tak jak ja i tak jak wy i tak jak wszystko ze względu na to że się skończy. Zbyt uogólniam i chyba odrobinę zanudzam. Przepraszam, to z powodu wybuchowej mieszaniny egoizmu ze szczyptą hedonizmu połączonej z lekkim aromatem narcyzmu w polewie z naturą autodestrukcyjną, tak w skrócie mogę przedstawić swoją skromną (kocham absurd) osobę. Podobno to czasem ważne kim jest autor, ja jestem wieszczem co o zgrozo jest wymarłą profesją i nie potrzebną chyba w dzisiejszym świecie. W tym miejscu zgłaszam swój protest, a nawet żarliwie protestuję przeciw nie braniu na poważnie poety wieszcza. Pragnę zauważyć, że jest to profesja o bogatej tradycji… ale ja nie jestem Mickiewiczem i nie widzę w sobie misji tworzenia epopei narodowej czy uświadamiania narodu, bo na to już trochę za późno, tym bardziej że dotrze do was prawda zawarta w moich słowach dopiero po czasie i będzie wam już zbędna jak palto w lato. Moim jedynym acz nadrzędnym celem jest analiza i wołanie o pomoc ze strony mojego pokolenia i tym które są po mnie. Co się dzieje? Ależ wszyscy to wiemy. Zagubienie! Brak tożsamości, problemy jakże nie do rozwiązania biorąc pod uwagę że wielu nie zdaje sobie z tego sprawy lub siedzi zamknięta w swoim świecie izolując się od możliwości tak zgubienia się w masie ludzkiej jak i wypłynięcia z niej. Złoty środek to też nie jest, a niektórzy nazywają to (płytko) depresją. To straszne, przynajmniej dla mnie. Ja. Nazwałbym się dekadentem, ilu jest podobnych do mnie, zagubionych w dzisiejszym świecie, szukających sensu, emocji, uczuć. Znajdujemy namiastki, piękno w reklamach i śmieci w sztuce, to Aż bolesne jest. Chodzę po świecie i widzę dzieci których rodzice są biedni, a one będą za pewne jeszcze biedniejsze, ale to widzi każdy, niemalże rzygamy tym widokiem i dlatego wolimy tego nie widzieć. Okrutna jest prawda, ale najokrutniejsze jest to, że prawdy dawno dla nas nie ma, są namiastki i ułudy, pozostaje wiara, a co jeśli jej nie mam… wiem, że jest Bóg, ale to wcale nie znaczy, że jestem wierzący, żyję, ale czy na pewno to znaczy cokolwiek? Mogę zrobić tylko tyle na ile mi pozwala świat więc nie jestem wolny, to znaczy, że jestem zniewolony życiem czy jestem zniewolony śmiercią skoro życie jest nią zniewolone. Myśli myśli, zabierzcie je ode mnie, szczęśliwi potrafiący łapać chwilę, ale to też tylko namiastka przecież, co mi z tej chwili. Świadomość końca zgniata mnie od wewnątrz i nie pozwala żyć, czymkolwiek życie się objawia. Gdyby nie to że jestem świadomy obłędu to chyba bym zobłędział do szczętu.
Idzie pełnia, nie skrada się, a idzie pewnym i równym krokiem depcząc mój spokój, który jest niczym innym jak biernym sobiebyciem. Nie, nie narzekam, w końcu coś się dzieje, jestem przeczulony na punkcie księżyca, a ten jest dziwny, choć to złe słowo, jest potężny i nie rozumiem skąd ta potęga i do czego prowadzi, a jeśli nie rozumiem to się boję, coś jak rasizm lub homofobia po trosze.


(pauza)

(dalszy ciąg sceniczny zależy od reżysera. Można pozostawić ciemność zupełną i prowadzić to monologiem – opcja zalecana, bądź wystawić jawnie to o czym mowa)

Siedział w karczmie zastanawiając się co dalej, wczoraj wyszedł z domu by stworzyć wielką historię swojego życia, a tu nic się nie dzieje, tylko jacyś wieśniacy pijący do nieprzytomności. Wyszedł na chwilę i zobaczył widok piękny i groźny zarazem. Na wzgórzu stała, w tej chwili czarna, fortyfikacja z wierzą nad którą wznosił się księżyc prawie w pełni, wokół niego gromadziły się strzępy chmur, ale żadna nie umiała go przysłonić, z każdej szczeliny wśród czerni świeciła gwiazda jakby rozpychając się swym blaskiem. Mimo że było już około tygodnia od chwili gdy w ziemię wsiąkł ostatni śnieg to było chłodno, wręcz zimno jakby poświata księżyca mroziła nerwy wbijając pod skórę sopelki lodu. Znienacka zakrakała wrona tuż nad jego głową, wzdrygnął się i wrócił do środka. Usiadł na swoje miejsce obok pijanego w trupa rycerza. Czuł się oszukany i rozczarowany życiem tułacza i poszukiwacza przygód.
-Świat nie może być aż tak monotonny i nudny - pomyślał, kiedy drzwi powoli zaczęły się otwierać. Z każdym centymetrem skrzypnięcia zawiasów gasła kolejna lampa. Zarżały konie na zewnątrz, a inne były galopem zbliżającym się coraz bardziej i szybciej, nienaturalnie szybko. Żebrak drzemiący przy drzwiach zachrapał i zacharczał obleśnie budząc się. Konie ustały i ktoś zeskoczył z jednego, musiał być okuty w zbroje sądząc z chrzęstu metalu przy każdym kroku. Drzwi były otwarte już niemal na oścież, a w pomieszczeniu panował pół mrok, całkowitym ciemnościom zapobiegał księżyc górujący nad wzgórzem i zaglądający drzwiami. Rozejrzał się zdezorientowany, karczmarz zniknął gdzieś, rycerz obok stał już z jedną ręką na mieczu, a drugą na stole. Kroki zbliżały się, w drzwiach pojawiła się postać. Zaczął się lękać, spojrzał na rycerza obok i szybko zrozumiał gest jego głowy. Wstał. Pijaczek przy wejściu wyciągnął rękę bełkocząc o jałmużnę. Chrzęst i lekkie rzężenie. Nie od razu zrozumiał co się stało, sytuację rozjaśnił mu fakt głowy toczącej się po klepisku powoli wsiąkającym krew. Postać w drzwiach zrobiła krok przez próg i zawahała się.
-Szukam spokoju .- oznajmił szept który nie wydobywał się z postaci, a wtargnął od razu w nich..
-Tu go nie znajdziesz, panie. – powiedział rycerz
- Chodź ze mną – palec wskazywał na niego, poświata lekko oświetlała nagie kości dłoni.
Nie mógł się ruszyć, ale zaczął iść wbrew sobie. Powoli wyszedł zza ławy i z oporem całej woli jaka drzemie w żywym człowieku świadomym, że umrze za chwilę zmierzał w stronę postaci. Przerażenie. Mocz cieknący po udzie, pot łaskoczący nos i brodę, jelita skręcone w węzeł.
- Stój – powiedział rycerz, ale to nic nie pomogło – W imię Chrystusa stój.
- Szukam spokoju. – oznajmił szept, a on z coraz mniejszym oporem zmierzał ku przerażającej postaci. Jeszcze dwa kroki, krok i stoi niemal dotykając wyciągniętego w jego stronę palca.
- Odejdź stąd kreaturo – wykrzyknął rycerz coraz mniej pewnym głosem, który przy o brzmiał jak kastraci w katedralnym chórze.
Ciemno. Chmury zasłoniły księżyc, chrzęst metalu i odgłos gazów uwolnionych po rozcięciu brzucha. Po chwili ciało upadło obok głowy pijaczka. Cisza. Świat umarł na chwilę wraz z człowiekiem. Uderzenia kopyt oddalały się, a kiedy ucichły upadł na kolana cały roztrzęsiony, poniżony własnym strachem, ale żywy. Zwymiotował i padł nieprzytomny.




(pauza)




Czy warto szukać skoro można tyle znaleźć. Ja wiem, że świat to nie tylko zło, ale dla tych dobrych często jest ciężko. Jestem dobry i jestem przez ten fakt wykorzystywany i poniżany. Przez fakt, że jestem człowiekiem muszę odnaleźć ujście dla emocji i pofolgować pierwiastkowi zła który pozwala mi istnieć. Więc nie jestem dobry. Szukam spokoju, niszcząc innych wokół. Brak mi poczucia rzeczywistości, jestem jak dziecko które dopiero poznaje świat. Mimo że znam już wszystko to nie potrafię przyjąć do wiadomości faktu. Brak przystosowania, jakież to artystyczne, jak dusza pełna zamętu, a tak naprawdę to o co chodzi w tym życiu. Nie chce mi się a na domiar złego nie umiem żyć. Szukam spokoju bojąc się że nie odnajdę go umierając. Bojąc się panicznie.




(pauza)


Obudził go śpiew dziewczyny:

Na rozstaju dróg stała karczma biała
Jako przeciwwaga zamku gdzie mieszkała mara
Nekromanta Katz ludzkości zakała
Oddał się on złu szukając wieczności w ciałach
Znalazł ją lecz ból tylko mu dawała…

Poruszył się, a dziewczyna przestraszona przerwała śpiew i uciekła kilka kroków. Zauważywszy jednak, że jest on blady jak ta karczma z jej piosenki uspokoiła się, tym bardziej, że poza tym jednym ruchem ręką nie miał więcej sił. Podeszła do niego ostrożnie. Zatrzymała się, podniosła kamień i rzuciła. Zajęczał. Na co ona pobiegła gdzieś, a on leżał zastanawiając się nad sensem całej sceny. Podstawowa sprawa. Gdzie jest. Otworzył oczy, słońce świeciło, on leżał na jakiejś łące ukryty w wysokiej trawie. Odnalazł w sobie siły by się unieść na rękach i rozejrzeć. Wszędzie łąka tylko w oddali kilka wierzb znieruchomiało. Gdzie dziewczyna, co się stało, jak tu się znalazł. Brak odpowiedzi niepokoił go, ale mniej niż postać w drzwiach karczmy, o wiele mniej, a na pewno nie na tyle by nie pozwolić jego zmęczonemu ciału zapaść z powrotem w stan kojącego snu.


(pauza)

Przebudził się, nadal ta łąka tylko pora dnia zmieniła jej odcień na bardziej czerwony. Mimo że słońce jeszcze nie zaszło, to księżyc już wznosił się nad światem. Usłyszał szelest zbliżających się kroków, szła tamta dziewczyna z jakąś starszą kobietą. Podeszły na odległość kilku kroków i w milczeniu zaczęły okadzać go jakimiś śmierdzącymi ziołami, efekt był niemal natychmiastowy, bo złapał go odruch wymiotny i z jego ust popłynęła żółć z żyłkami krwi. Kobiety zaintonowały pieśń, która miała strasznie połamaną melodię, a zamiast słów były monosylaby i przeciągłe jęki. Podniecił się, zmieszany odrobinę tym faktem spróbował wstać. Zamęt w głowie obalił go na ziemię, a członek znalazł się w stanie o jaki mężczyzna nawet go nie podejrzewał. Leżał na plecach czekając na rozwój wydarzeń, nic innego mu nie pozostało. Kobiety zbliżały się wciąż śpiewając i okadzając go, ich pieśń przyspieszała z każdym metrem mniej jaki ich oddzielał. W końcu podeszły, staruszka usiadła na nim wprowadzając go równocześnie w siebie i zastygła bez ruchu. Młodsza zawodziła okropnie stojąc w pobliżu jego głowy, w pewnym momencie ucichła na chwilę by krzyknąć, wykrzykiwała, a przy każdym wykrzyknięciu jego członek sam aplikował nasienie. Poczuł się jak idiota, jak idiota gwałcony przez dwie kobiety z czego był w tej która niesamowicie go obrzydzała. Słońce zgasło całkowicie, świat zalał się srebrem i wszystko się skończyło. Staruszka wstała i napluła mu w twarz, młodsza kopnęła go w krocze co zaowocowało tym, że znów się poruszył, ale nie cieszył się tym długo, bo nim zwinął się w kłębek otrzymał cios kamieniem w skroń i stracił przytomność.

(pauza)


Bez celu i bez motywacji by cel odnaleźć, bez motywacji wystarczającej by smakować życie. Podróże w głąb siebie przy wspomaganiu używkami prowadzące do coraz większego zagubienia i rozstroju wewnętrznego. Chęć poznania odpowiedzi na choć część pytań, zdobycie pewności czegokolwiek. Poddawanie się paranoi, pozwalanie by zagarniała kolejne aspekty świata. Poszukiwacz końca, tragiczny do szczętu, bo może go odnaleźć tylko raz i to bez satysfakcji. Agonia stała się życiem, a perspektywa śmierci daje tylko paraliżujący strach. Jesteśmy odpowiedziami bez pytań i pytaniami ze zbyt wielką ilością możliwych odpowiedzi. Kropkami tworzącymi kreskę, okruchami zgarnianymi ze stołu na ziemię. Jestem jałowy, wytworzyłem w sobie przyzwolenie na to niemal równe wierze. Stawiam sobie pytania dla samego faktu postawienia ich, nie łudzę się, już nawet nie szukam, po prostu siłą przyzwyczajenia i ogólnie przyjętego że to mądre myśleć. Nie zdobywam wiedzy, bo wiedza jest mi zbędna. Zatracam się, ale stracić nie chcę.

(pauza)

Pozbawcie mnie wolności, jest ona głównym składnikiem mojej klęski.

(pauza)


Obudził się w karczmie, w cudzej krwi, z nozdrzami pełnymi odoru śmierci. Jawa sen może sen w śnie lub jawa bez snów, życie. Przybył tu ponieważ jego życie było nudne, a teraz żałował tego, że je stracił. Budząc się w tej scenerii po drastycznym śnie o łące i przerażającej jawie, która chciała go zgładzić. Szukam spokoju, przypomniał sobie słowa mary. Nigdy dotąd tak go nie cenił, może to i dobry cel do osiągnięcie, całkiem realny jeszcze kilka dni temu, teraz natomiast wydający się częścią odległego poematu którego największym pięknem jest nieosiągalność. Idź dalej, ta myśl otrzeźwiała jego ciało, zostać tu znaczyło tłumaczyć innym co się wydarzyło, a przecież to wydarzyć się nie mogło. Musi wybrać drogę, a każda jest nieznana i prowadząca gdzieś. Stanął w progu by obejrzeć się jeszcze raz i natrafił na wzrok dziecka, wielkie przerażone oczy dziecka patrzące z gładkiej powierzchni odbijającej jego twarz, to nie był on mimo że nie mógł to być nikt inny. Szarpnięcie za bark wyciągnęło go w inny świat. Pusto, przestajesz ufać zmysłom, wszystko co było, traci na znaczeniu, bo czy było. Boisz się siebie, przerażasz sam siebie kiedy uświadamiasz sobie, że to wszystko wypływa z ciebie, choćby przez fakt tego, że kogoś spotkałeś i to spotkanie rezonuje. Pusty pokój, delikatnie podgniłe powietrze, źródłem światła jest otwór w suficie, a zarazem jest to jedyne wyjście z tej przestrzeni. Uświadomienie sobie tego, że to jest, jest tak samo ważne jak świadomość tego, że tego nie ma. Moment w którym się dziwisz czemukolwiek jest momentem straconym, mimo że dziwić się nie byłoby czymś dziwnym w sytuacji kiedy świat zaczyna grać nie fair i przestaje mieć podstawy logiczne. Cudze dłonie na ramionach, czyje? Odwrócić się, dobry pomysł, ale dłonie trzymają mocno.
- Nie walcz – kobiecy, miły głos – przecież wiesz, że walka nie pomoże, a jedynie osłabi twoją wolę, stracisz resztki siebie walcząc.
- Nie pytam – po prostu mówił, nie myślał, myślenie zbyt często prowadzi do straty – nie chcę znać odpowiedzi na pytania. Nie walczę, żeby walczyć trzeba mieć możliwości, a przynajmniej znać sposób walki. Jestem, nie ważne gdzie i po co, nie ważne jak i dlaczego, nie ważne czy żyję czy śnię czy jestem w czyśćcu czy w piekle, jestem.
- Zabawny człowieku, żałosny człowieku, a może już tylko istoto pozbawiona woli i to przez się – bez emocjonalny głos – czy nie chcesz stąd odejść?
- A czy to zmieni cokolwiek jeśli zmienię miejsce, wiesz że nie. Nie ucieknę tak jak i ty.
Zaśmiała się, a ucisk na ramionach zaczął niknąć, w końcu zabrała ręce, a on się nie obejrzał. Nie wierzył w świat, bierność też jest walką, niewiara jest wiarą, a zasnąć czasem znaczy obudzić się. Zapadł w lekki letarg prowadzący go przez myśli do początku, który był równie nieosiągalny jak koniec, lecz miał jeden ważny atut dla poszukiwacza, był przeszłością, a to co już było, spotkać o wiele łatwiej niż przyszłość zawczasu.

(pauza)



Na początku jest „Epilog”, taka jest chronologia absurdu i nie pragnąłem jej zmieniać, co uczyniłem mimo wszystko, ale cóż z tego, koniec tak jak początek może istnieć w każdym punkcie, bo to co jest przed początkiem jest również przed końcem, a to co po końcu jest po początku, wyjaśnienie jak każde inne, które istnieje nie by wyjaśnić, a by być, tak jak ja.



(pauza)





-Przeżyj to, a przetrwaj, w za dużych wdechach powietrza wydobywa się przestrzeń stań, nie przestawaj śnić tego w dobie po rozdrożu, tak sobie ty z mów ułóż rozmowy, z umów porządek nowy dla głowy. Próżny trud, jestem z paranoi, gdy jej brak to też powód gotowy do nowej, pozostał zły znak na podniebieniu. Smakuję świat, doświadczam śmiać i innych, a nie mam to nie problem. Domieszanie odrobiny zieleni w czerń niewiele zmieni, jestem takim jak chcę, ale podświadomie więc z istnieje błąd w porozumieniu, czy mi się to podoba, czy bym to jednak zmienił, a najważniejsze czy mi tutaj to oceniać, mógłbym później żal wytoczyć sobie. Jeśli z może nas sen o tej porze, to czy dzień znów dotrze do powiek, czy już miałem ostatnie wydobycie w świat ten. Pozostało zostać w spokoju, pokój bez domu i aroganckiej złości kwiat. Monologiem dotrzymuję towarzystwa dwojgu warg, usługując zgrai zbędnych braw, zadawanych przez dłonie moje. – oddech mu się rwał, przebierał oczami wpatrzony w punkt na ścianie, jej twarz wrzucona w cień pod ścianą, wraz z ciałem i cieknącą krwią.- Po co przypominam sobie cudze teksty jak ten, że z za żartu wyłuskasz prawdę śmiertelnie poważną, a teraz najdroższa zażartuj z tego żartu. - zrozumiałem i uśmiechnąłem się. – Nie widzę możliwości wyjścia, pozostaje dojść do wniosków nie owocnych jak się tu dostałem…- nagle zrobiło się ciemno, upuścił oczy na ziemię i usiadł patrząc z rezygnacją w czerń.



(pauza)





Podniesienie ręki jest bez znaczenia, podniósł rękę, a ta została ucięta wraz ze stwierdzeniem że podniesienie ręki jest bez znaczenia. Próbuję pojąć co kryje się pod, zawsze jest jakieś pod nawet gdy jest nad, abstrakcje wyrażają myśli o wiele lepiej, są pełniejszym wyrażeniem siebie. Przepraszam.



(pauza)





Na lewo nieużytki, na prawo światło, jego więzienie zmieniło się wraz z wysysaną czernią, wessała ją dziurka od klucza szafki o której wiedział tyle, że nie można jej otworzyć, bo oczywiście próbował to uczynić. On szafka pokój bez wyjścia o ścianach w kolorze korozji. Wolał czerń, była bardziej oczywista. Ucięte paznokcie, szczęka nie reagująca kiedy próbował wgryźć się w siebie, ściana amortyzująca uderzenia głowy i szafka której nie mógł ani otworzyć ani ruszyć. Nie moc. Ze ściany wydobyła się postać ojca, która pozostawała ścianą. Nie mówi, nie patrzy, nie wpływa. Ojciec zniknął. Nagi w pustym świecie, z ciałem bez emocji i nie odbierającym bodźców. Był masą, wszystkie otwory zalepiało ciało, powieki wyrzeźbione w nim nie mrugały. Przeformowywał się, bez wpływu umysłu popadał w pozycję embrionalną by w końcu wydobyć się z niej i przez rozerwaną ścianę w miejscu gdzie pojawił się ojciec wypłynąć jako… proceder nie trwał długo, później dotykały go jakieś ręce, by w końcu wylądował w kontenerze z innymi odpadkami.



(pauza)



Przeznaczam czas na myślenie, myślenie zaś przeznaczam… zapominam i myślę od początku przeznaczając czas. Zbędne myśli wypływające z nas i tonące jak wytwory Oceanu solaris.



(pauza)



Odkrywam zaistnienie wniosków o plotkach pogłoskach ech ożywionych z różnej strony i dla różnych celów. Taki mam zawód, a raczej hobby osobiście zaprzyjaźnione ze mną. Niedokształcona choć wykształcona wyobraźnia



(malo istotne, stoi na środku sceny, widać go, bo odpalił znicz, siada na scenie obok niego, nogi zwisają i mówi)





Jesteś uderzeniem serca.



Tak trudno poskramiać ludzkie żądze. Przecież w każdej chwili, w każdym momencie cyklu mimo względnie udanego wygaszenia ich potrafią się odrodzić z taką samą lub większą siłą niż miały w pierwszym stadium, a energię już zużyliśmy na wcześniejsze zabiegi.



Jesteś uderzeniem serca.



Męczący brak snu, on przyjdzie nad ranem, wiedza o tym sprawia, że czekam i czekaniem czas się wydłuża. Dochodzi pierwsza, jest cicho czyli ujadanie psa jest aspektem ciszy, dygresją w martwicy nocy. Sekundniki dobijają się o zrozumienie, o wysłuchanie ich do końca, do którego nigdy nie dotrwam. Ludzie wokół śpią, ale może absurdalnie, nie zazdroszczę im, sen potrafi być tak męczący i odciskać się na długie godziny po przebudzeniu.



Jesteś uderzeniem serca.



Okrucieństwem jest zabicie kogoś w momencie w którym poczuł, że żyje, czy może oddajemy mu przysługę o ile robimy to niezauważalnie i cicho, tak żeby nie zauważył śmierci, czy tak można osiągnąć życie wieczne?



Jesteś uderzeniem serca.



Te momenty, te w których czujemy eskalację zła i smutku w sobie, kiedy są one drapieżne i wygryzają się z nas. Wygryza się ze mnie po to by stanąć koło mnie i gładzić po głowie, aż najlżejszy dotyk staje się nie do zniesienia, kiedy najlżejszy dotyk jest udręką.



Jesteś uderzeniem serca.



Te długie noce kiedy się czeka na sen, te długie dni kiedy się czeka na sens.



Jesteś uderzeniem serca, bądź, bez ciebie zginę.



Mam to przeczucie, mam to złe przeczucie. Powtarzam sobie, że wszystko będzie dobrze, że to tylko paranoja i mdłości wynikające z niej. Tak się czasami objawia strach, mdli.



Jesteś?



Nic. Następnie. Więcej nie będzie.





(pauza)







Tylko szczegóły bez dbania o ogół i tylko ogół jako podtekst szczegółu. Porządek przytłacza, przerasta uporządkowanie całości. Poukładany jest wycinek, jednak gdy zmieniam punkt zainteresowania burzy się tamtejsza stabilizacja na rzecz innego wycinka. Zalegają rzeczy przydatne choć nie wiem do czego mogą być te kawałki całości, której nie ma póki nie rezygnuję z tych fragmentów, wyrzucam komponenty i nie ma nic.



Bierne, bez znaczenia, rozkładanie rąk, nie rozsuwanie zasłon i otwieranie okien pomaga w nie zwracaniu uwagi. Trzeba wyjść, chleb, fajki lub ktoś. Trzeba wyjść, przekręcić klucz w zamku, tuż przed nie zawsze przemyśleć swój wygląd. Potrzeba czuć się komfortowo, a ludzie patrzą, mówią, a czasem nawet nie zwracają uwagi. I te telefony, będziemy w kontakcie, i te samochody kiedy już do ciebie jadę usłyszałem przez telefon.







(głos mężczyzny, dojrzały, mówi: )

miastu które pokochałem najczystszą nienawiścią jaką mam.



malo istotne :



Kostka, płyty, asfalt, miasto jako kompozyt ciał, minerałów i niedopałków

drzew. Neony reklamy kup mnie, zjedz mnie, najtaniej, najlepiej, niepowtarzalnie, na każdą kieszeń, kochamy twoje wnętrze

portfela . Pracuj na nas, doceniamy to, odkładaj pieniądze, zadłuż się. Jestem chętną blondynką lat osiemnaście, mam na imię wolny rynek, a to moja bliźniaczka; demokracja, brutalnie gwałcone siostrzyczki przez zaradnych szczęśliwych i jak zawsze, wszędzie przez posiadających znajomości, układy, śluby z przypadku

pieniędzy, agencje wynajmu mieszkań, psów , żon i ile mi zapłacisz za moje życie.

Nic, to z przyzwyczajenia płacenia za czyjąś śmierć. Odzież zachodnia, bulwary, skwer, plac. Chcesz? Kilkaset metrów od centrum są jabłonie i rozpadający się kram domów, architektoniczny rozkład. Niewykończona budowla przytłacza betonem, opera, przerażająco podobna w tym stadium skojarzeniom pokrewnym słowu holocaust. Strach, awanturnicy zabijają, nożem czasem, czasem innym narzędziem lub ręcznie.

(pauza)



Życie sprowadzono do symbolu, bezkształtne spłonęło na stosie masowości, bez przypraw, bez smaku odgryzam zwęglone kawałki mięsa od kości. W obrębie mojej generacji, mojego pokolenia ilu ma podobne odczucia jak ja, ilu myśli tak jak ja, ilu ja.

(pauza)



Przeprowadzona poranna autopsja z lustra, przekręca się lekko nie ostra twarz. Przegląd poglądów, ideałów, myślenia toków i prądów, rozsądek mąci, a wiara traci smak; bywa. Wydobywanie się, z zakamarków pokoju powyjmowane zakurzone kończyny. Pokaleczone trwanie, tworzenie życia, aplikowanie go dożylnie, opłucnie, czopków unikam jak mogę i mogę. Wychodzę na chwilę - Empek, tłok godzin szczytu. Zapach środków czystości i potu, potu i środków czystości wydobywający się. Natrętny, irytujący, mdli, piękna dama nęci, ociera się pośladkami na zakrętach. Bezdomny przy drzwiach, zapach proszku do szorowania zlewu,

intensywny. Starcy roztaczają wokół odór stęchłego oczekiwania śmierci. Wysiadam.

- i wracam, nie odnalazłem nic, roztrącam się z powrotem, na ogół obumieram by podładować baterię energią nie używania. Energetyzacja biernością, statyzm odnajdywania napędu w próżni, ładowanie się wypychaniem wszystkiego z obrębu trwania.

(pauza)



Nacja przetrwawcza objawia się odruchami i ruchami dążącymi do odkrywania, tworzenia i materializowania marzeń i myśli.

(pauza)



Bezproduktywne znajomości, potrącanie przechodniów, przetrącanie znajomościom karków, zaprawianie się aromatem znaczeń, zmianą dziś w to co było Już. Dusza nadwątlona, chroniona skorupą z blizn.

(pauza)



Zastanawiam się, myślę, uświadamiam sobie przeżycia przeplatając doświadczeniami i urojeniem, plotę

linę dzięki której wydostanę się z celi, z klatki na wierzy domysłów, z klatki mięśni i płynów krążących kanałami tuż pod skórą rozprowadzając życie. Wdech za wdechem.

Przekomarzanie się z granicami, opuszkami ciała przekraczanie siebie, wydobywanie się z nędznej poczwarki jako kolejne stadium nie zapowiadające ostatecznego wyniku wszystkich transformacji, dzięki którym w końcu przeistoczę się w postać godną by być kochankiem

śmierci. Z motyla wprost do suchych skrzydeł kruszejących nie powoli, a zbyt szybko pod naporem podmuchów wietrzyka z nad wody.

(pauza)



Przełamać siebie, wyjść na deszcz i moknąć wraz z zawartością kieszeni. Nakreślam dłonią kontur drugiej dłoni. Zdawanie sobie sprawy z możliwości, czas przelewa się tuż obok. Uniknione spotkanie, nie chcę się doprowadzić. Chwycić wyzwanie za rogi obalając na ziemię, rozerwać podbrzusze i wróżyć z wnętrzności

los.

(pauza)



Stoję, a inni prą do wnętrza zgniatając się wzajemnie, wyciskają pot, zagęszczają ślinę wysiłkiem, tworzą odór ciał oznaczający posiadanie. Stoję, nie pasuję, szukam wzrokiem podobnych mi. Są, niektórych właśnie wessało mimo woli, reszta rozsiana z rzadka na pograniczu kłębowiska tak podobnego obrazom sądu ostatecznego na obrazach starych mistrzów. Pogranicza usiane grudami trawy, spokój i nędza, dziwni kochankowie. Być czy mieć, posiadać bycie czy być posiadanym. Przechyla się szala wagi własnych wskazań, to w jedną to też w drugą stronę, czekam na stabilizację dającą odpowiedź.

Oczekiwanie i rozrywki wymyślane by zabić czas oczekiwania, choć trwa tyle ile ma trwać i tak. Śpiewane piosenki, obgryzane paznokcie, sms-y rozsyłane gdzie bądź, ślady rozterek w fusach po kawie, odcienie nadziei w odgrywanych rolach, w obrazach malowanych w wyobraźni, rola chwili za chwilę. Czasopisma rozwleczone, chodnik zapluty lub załupiony, popielniczki pełne petów, z wysokości tworzy to całość, mozaikę oczekiwania.





(pauza)



Rozróżniam ludzi na formy znane, nie znane, znajome i pośrednie. Kojarzę ze zdarzeniami, czynami, słowami, zachowaniami, nic bezpodstawnie. Wyobraźnia, a wiedza, znam, a kreuję łamiąc zasady i ustalenia. Ustalanie końców granic, po prostu są.

(pauza)



Wciąż na nowo oswajam się z tym, że nie dla każdego jestem.

(pauza)



Przedstawianie znaczeń, pryzmat myślenia, mówię krzesło, piszę krzesło, myślisz krzesło, wyobrażasz krzesło. Klasyczne, futurystyczne, metalowe, drewniane, z obiciem i bez.

Uogólniamy, bez konkretów, nie przyjmując możliwości różnego pojmowania przestajemy rozmawiać, wciąż negujemy i przypuszczamy negację w cudzych słowach, chcemy walczyć, walka o rację, ze ścianą ludzkich skojarzeń. Denerwujące niedopasowanie, inne tory, inne pasy jednej jezdni w końcu rozjeżdżają się.

(pauza)



Ludzie są tacy różni, każdy człowiek, a różny. I psy są tacy różni, każdy pies, a różny. Rasa, wygląd, pomiary, wykazy kolorów, nawyków, długości ogona, sierści. Sposoby zapinania guzików, sznurowania butów, odbierania świata. Różni sposób wylizywania łap, gonienia kota, szybkość gojenia się ran; różni. Co cieszy, co nie, co rozprasza, co się na nim roznosi, co rozprowadza, w jakim stopniu mogę powiedzieć ja, a w jakim kopia i jak skomlę gdy uderzą w nos. Co rozumiem, za czym aportuję, co bodźcem by usłuchać „siad”, ”uśmiechnij się”, ”popraw włosy” czy „przestań, tak nie wypada”. Inspiracje, nienawiść do policji, polityki, listonosza, księdza, czy zwykłych łydek bez względu na profesję. Kolor podniebienia, zarost, płeć, właściciel, wiara, problemy i całe mnóstwo wyliczania.

(pauza)

Na scenę wychodzi kobieta, tak jak pomiędzy rundami walk bokserskich ubrana. Nad głową niesie tabliczkę. Światło na nią.:



+++



„Epilog”





Ja jako anioł

cenię boga za

mus tworzenia

On tworzy nas

bez energii i

bez emocji On

jest i będzie

Ja jak bóg on

jako ja Ongiś

jedność Ego i

alterego Liść

i drzewo Krew

i duch Jestem



malo istotne: (ubrany w spodnie dżinsowe, spod których wystają czerwone bokserki z wzorkiem w duże białe róże wychodzi zza szafy, skulony troszkę jak od zimna, mówi głośno.):

ale trema mnie zżerła, ale musiałem tak wyjść, bo jak to tak zmieniać głównego aktora w czasie sztuki. Niestety spece od reklamy mają dziwne podejście do tematu. A więc „Epilog” dostępny tuż przed końcem sztuki do jej zakończenia przy wejściu.

(otwiera szafę i wyjmuje z niej koszulę, czarną, zakłada ją i zaczyna opowiadać)



Zabił się człowiek, tamtej pełni, która mnie tak przerażała powiesił się na piecu kaflowym w swoim pokoju. Dziś jest już sierpień, a ja znowu odczuwam zbliżanie się wciąż tej samej nawałnicy, tym razem jednak jest to już tylko bezsilnie uległe oczekiwanie. Odczuwam odległe fale przerażenia, ale powstają tak daleko i mają na swojej drodze tyle myślowych falochronów, że jedynie łaskoczą mnie w górę stóp i powoli zasypują palce piaskiem. Czy to ważne, że się kończę? Nie, bo jeśli przeżyję to będzie to jedynie utyskiwanie młodego i nie mądrego, a jeśli nie przeżyję to ktoś może to przeczyta i pomyśli sobie coś o mnie i co z tego. Zalegający we mnie marazm pogłębia się, a ja stojąc na dnie tej rozpadliny wiem, że w końcu cały ten szajs się na mnie osunie zgniatając. Nie myślcie, że nie próbowałem się wdrapywać, ale za późno jest, nikt nie zauważa, że mrówka ginie w niecce z piasku, tak i mi nikt nie pomoże, tym bardziej, że dawno straciłem głos i nie krzyczę, a jedynie chrypię tak, że głos wydobywa się nie ustami, a szyją drżąc na domiar. Wcześniej krzyczałem i kilka osób się pochylało, tak, zawiniłem zapamiętaniem w głupotę, oto działa dobór naturalny, najgłupszy ginie, analogicznie jak w nagrodach Darwina. Jest początek sierpnia, osobiście myślałem o samouśmierceniu w tym miesiącu, ale to były tylko depresyjne omamy potęgowane echem zaszłości psylocybicznych jak je nazywam. Mam niecały miesiąc by dokończyć kilka spraw i chciałbym zdążyć, choć wolałbym by pośpiech okazał się zbędny.

(pauza)

Ze śmietnika wyciągnęła mnie Ona. Wyrwała mnie z ryz realności i wchłonęła do świata, który tak mnie fascynował, tak strasznie chciałem być częścią tego świata, ale było już za późno. Wypaczenia spowodowane wegetacją płodową wśród zgnilizny i odpadków, które dowiadują się o swoim przeznaczeniu właśnie wtedy, kiedy chcą je zmienić. To staje się walką z samym sobą, bo ponowne narodziny oznaczają śmierć. Dlatego nie pamiętamy porodu, to pierwsza i oby dla każdego człowieka najstraszniejsza trauma jaką przeżył. Kiedy było już właściwie po, kiedy wpadłem w ten syf głębiej niż sięgały jej ręce śmiała się czasami do mnie, że powinienem opisać naszą historię, ale takich banałów i tandety, w dodatku na tle miłosnym nie znoszę.




(pauza)


Urywki świadomości, kiepski film o życiu, tym słabszy, że nie koniecznie ma sens lub morał. Sen i jawa na tej samej szali wymieszane, a na drugiej szali jedynie człowiek odkrywający, że supeł jest tym trudniejszy do rozsupłania im dłużej nie wprawne dłonie ciągnęły za nieodpowiednie miejsca, zaciskając go jeszcze mocniej.

To nie ja, a to on we mnie, nas nie ma, bo jesteśmy oddzielnie. Niemożliwość.



(pauza)


Ciemna chata, na legowisku w kącie leży na plecach kobieta i rodzi. Tak cicho, jedynie zaciskające się coraz mocniej dłonie i zęby, które zaczynają kruszeć od naporu innych zębów wyrażają co przeżywa. Na dziecko czeka staruszka, z jakąś szmatą i miską wody. Jest. Po izbie rozległ się krzyk niemowlęcia, staruszka myje je starannie i opatula szmatą, następnie wlewa wodę do kociołka, który znajduje się nad paleniskiem na środku izby, nic nie może się zmarnować. Wszedł mężczyzna, wysoki, barczysty i brudny, pociągnął nosem i spojrzał w kąt. Kobieta cała spocona i zmęczona powoli wydala z siebie łożysko, kiedy kończy zapada w sen. Mężczyzna podchodzi do niej, patrzy chwilę między jej rozwarte nogi, patrzy chciwie, ciąża pozbawiła go przyjemności, a ona mu się należy za to że przynosi jedzenie, taki był układ, dlatego opuszcza spodnie do kolan i gwałci kobietę, a ona śpi. W międzyczasie staruszka wrzuca łożysko do kociołka, ten bulgoce łagodnie, z jego wnętrza wydobywa się zapach ziół.



(pauza)


Nie poznałem go, nie wiem skąd się wziął, przypuszczam, że to on biegł koło mnie lasem, kiedy wracałem do domu w bezchmurną noc z uczuciem pustki, tak strasznej samotności jaką odczułem tylko trzy razy w życiu i każdy z tych razów odbija się echem do teraz. To dlatego nam nie wyszło, jestem wybrakowany wewnątrz, część mojej duszy wybrała wolność, kiedy zobaczyła ten niesamowity psyloświat. Szkoda, że nie spotkałem jej przed tym, żałuję. A jego, długi czas nie zauważyłem, nie jest nachalny, to nie w jego stylu, stoi na uboczu tak jak ja i chyba tym go do siebie przekonałem. Sądził, że jesteśmy podobni i może miał rację.



(pauza)


Nie mówić lub nie odzywać się czyli mówić nie wyrażając siebie. Pustkę wypełnił powoli, boleśnie zabrał się za wypychanie mnie, walczyłem, już nie chcę. To nie przegrana, mam świadomość, że jeżeli przetrwa moja powłoka z nim wewnątrz to nadal tak jakbym był trochę ja. Kłamstwo?



(pauza)


Znowu pełnia, mam lęk przestrzeni, kiedy jestem w pomieszczeniu to chcę wyjść, a kiedy wychodzę to nie wiem po co to zrobiłem, bo zaczynam odczuwać niemoc jeszcze mocniej. Rozumiem to co kiedyś powiedział mój kolega, żeby go zamknąć w pudełku, ja się zastanawiam czy nie pójść do lekarza.



(pauza)


Staruszka umarła rok po urodzenia się chłopca, matka szybko zrozumiała, że rytuał który odprawiły na tamtym mężczyźnie przyniósł ze sobą konsekwencje, którym nie potrafiła sprostać, dziecko było niesamowicie silne i nie panowało nad sobą, w dodatku nie żywiło względem niej żadnych uczuć, ona chociaż się go bała i brzydziła. Mężczyzna został stracony za kradzież świni. W piątym roku życia chłopiec zabił matkę wsadzając jej nagrzany szpikulec do oka, nie mając co jeść zjadł ją, zajęło mu to miesiąc i nie zważał na to, że ciało się rozkładało.



(pauza)


Wiem, że nie rozumiecie mnie, wiem. Wiem, że nie zrozumiecie mnie, wiem, ale chcę zostawić ten kawałek siebie, to ostatnie tchnienie i to zrozumie każdy jak sądzę.








(pauza)


Ławka w parku Branickich, jedna z tych schowanych za krzakami na końcu alei zakochanych. Siedzę sam i myślę, idę nad fontannę, jest jesień i nie kolorowana woda charakterystycznie uderza o liście pływające na wodzie. Już jestem sam mimo tych ludzi, na których mogę liczyć, świadomie jestem, świadomie nienawidzę być i świadomie nie jestem, czego nienawidzę jeszcze bardziej. Nawet nie pamiętam kiedy się skończyłem ani dlaczego.



(pauza)


Pamiętam tyle mało istotnych rzeczy jak budowanie szałasów, pamiętam tyle księżyców, chmur i gwiazd, a nie pamiętam jak to się stało że…



(wychodzi, za szafę. Kurtyna)

Dodano -- 02 mar 2017, 19:29 --

O, 2009, fundament góry lodowej, resztą nie drecze. Pozdrawiam wytrwałych
moje zdanie to moje zdanie

nie lubię poezji - lubię placki

Awatar użytkownika
eka
Moderator
Posty: 10470
Rejestracja: 30 mar 2014, 10:59

Re: pogrzeb w głowie

#2 Post autor: eka » 03 mar 2017, 14:28

Niebanalna grafika do tekstu.
A w nim wszechobecna introspekcja, czyli obrazy, stany, sytuacje, oswajanie absurdów. Sekcje świadomości w niemal turpistycznym narcyzmie.

Nacja przetrwawcza objawia się odruchami i ruchami dążącymi do odkrywania, tworzenia i materializowania marzeń i myśli.
W chaosie – praca, praca struktur, czyli uporządkowanie, czasami wypowiedzenia rodem z aforyzmów.
Oryginalna patchworkowa narrracja.
Nieświadomości nie można zwerbalizować. Nieświadomość jest darem, nie istnieje dla podmiotu.
Prawda świadomości to niezmiernie krótkie doznanie i niestety z jej przeszłością nie da się rzetelnie współpracować, zawsze ewoluuje w zależności od naszego aktualnego rdzenia.

Brzydota jako kategoria dominująca, ale jest i piękno.
Chyba najważniejsze w tekście: nie chcieć trwać – chcąc jednocześnie, to moja pierwsza myśl po lekturze.
Bardzo interesującej.
Może nie tak dla wytrwałych, jak zaciekawionych możliwością przekładu -ja- w słowa.
Nie zamierzam mieć pretensji do siebie o powyższe refleksje. Trzeba się scalać.

Awatar użytkownika
4hc
Posty: 612
Rejestracja: 18 lut 2017, 14:19
Płeć:

Re: pogrzeb w głowie

#3 Post autor: 4hc » 03 mar 2017, 15:26

Pretensji,? O co? Zwiedzamy dalej? Pogrzeb w głowie składa się jeszcze z dramatu i płyty z "muzyką" , płyty nie udostępnię, a dramat wieczorem (uśmiech) chronologia absurdu. A refleksje wszelkie mile widziane, nawet reflusje ,
cieszę się że poznaję cudze opinie, mogę się z nimi zgadzać lub nie, ale to malo istotne,
Pozdrawiam
moje zdanie to moje zdanie

nie lubię poezji - lubię placki

ODPOWIEDZ

Wróć do „OPOWIADANIA”