Czwartek (dzień jak każdy wyjątkowy)
- eka
- Moderator
- Posty: 10470
- Rejestracja: 30 mar 2014, 10:59
Czwartek (dzień jak każdy wyjątkowy)
Leżę w damskiej toalecie na składanym łóżku ogrodowym. Aluminiowy stelaż z podzielonym na trzy części materacem łączą białe tasiemki, związane niedbale na kokardkę.
Nie jestem sama. Dwie drobne dziewczyny na kolanach, śmiejąc się co chwila, myją zakrwawioną podłogę w zapuszczonej kabinie.
Myśli krążą wokół zebrania, w którym przed chwilą uczestniczyłam. Czuję, że muszę wrócić. Wąski korytarz pokonuję trzema krokami i siadam przy prostokątnym stoliku, stojącym najbliżej tylnej ściany. Drzwi sali są otwarte, odnotowuję wyjście rozchichotanych sprzątaczek z toalety. Staram się skupić na słowach dyrektorki. Znajoma, której imienia nie potrafię sobie przypomnieć, patrzy na mnie z niepokojem.
Znowu leżę na tym samym łóżku, od szyi do kolan przykryta czymś ciepłym i miękkim. Myśli powoli wypełnia kojąca cisza, podchodzi jak biały kot w smudze światła płynącej od zakratowanego okna.
Pojawia się kobieta w nieokreślonym wieku. Nakrycie głowy, fartuch i obuwie przypominają sterylny ubiór chirurga. Informuje, że mam dwa niedorosłe tętniaki, po jednym w każdym udzie, a trzeci, w głowie, jest bardzo duży. Niedługo pęknie i wtedy mnie stąd wyniesie.
- To dobrze, że krótko będę umierać - odpowiadam i uśmiechamy się.
Dlaczego nie pamiętam momentu opuszczania narady, która trwa, przez otwarte drzwi słyszę podniesione głosy. Zemdlałam? Robiono mi USG? Tomografię? Operację? Nie wiem, ale czuję się rozluźniona i zadowolona. Kobieta-melancholia każe mi zasnąć i wychodzi.
Leżę w ciemności na prawym boku.
- Hej, ciepłe zwierzątko, zapalę lampkę, dobrze? - pytasz cicho.
- Yhm - mruczę.
6:00
- To twoja sprawa, ja jeszcze poczekam - kwituję jego wieloetapowe pytanie: czy aby nie rani mnie równie mocno jak przedtem, bo tego za nic w świecie by nie chciał, i czy rozumiem, jaką wagę ma absolutna szczerość, i że nie wie, co ma robić dalej, bo Anka często płacze, więc czeka na konkretne podpowiedzi... a kiedy odpowiadam, że to jego sprawa, że jeszcze poczekam, wyrwa mi poduszkę spod głowy i chce się kochać.
6:02
Zdejmuję jego dłonie z brzucha.
6:05
W łazience gorący prysznic i walnięcie pięścią w ścianę.
7:05
Zakupy w spożywczym.
7:11
Piekarnia. Rozsądek zwycięża, wynoszę tylko połowę węgierskiego tortu.
7:25
Ulubiony przystanek w parku. Pada, gdy kładę śniadanie. Dzisiaj to kawałek pasztetowej oraz gruby plaster sera.
- Wolnym dachowcem być jak ty, Kleks - mówię na pustej rabatce koło fontanny.
8:17
Boże, i choć tak chcę Annę tysiącem wybiegów odesłać poza nasz świat, to między kawą a omletem padają słowa:
- Moje rady odbierzesz jak próbę zemsty albo w najlepszym wypadku prywatę, więc Jaku, nie oczekuj współpracy, dobrze? Nie mów mi o niej! Chyba, że żadną miarą nie da się tematu ominąć.
- Nie uda się. Kocham ciebie, ale za Ankę jestem odpowiedzialny.
Spojrzeliśmy na siebie niepewnie. Wydawał się być zdołowany. Nie zaprzeczyłam, nie potwierdziłam, zresztą do kuchni na szczęście weszła Olka i narzuciła temat zapchanej kratki pod prysznicem. Jaku uznał, że to przytyk i poszedł do łazienki, a Olka za nim.
8:40
Patrzę na kalendarz. Czwartek. Na Słonecznej ulewa. Za oknem niknie park. Ja z każdą sekundą też, bo zaraz ciebie nie będzie, podobno sam jedziesz do Pragi. Durny turniej szachowy i moje trzy długie dni niepewności.
8:55
Ulatniasz się bez pożegnania. Olka też wychodzi. Jest za pięć dziewiąta. Czwartki mam wolne, wczoraj obiecałam sobie godziny w bibliotece, ale przecież tak pada.
9:30
Cisza miota się po mieszkaniu jak porzucony pies: co z nami będzie? Nie potrafię myśleć o niczym innym.
10:10
Trzeci niedopałek na białym talerzu z rozgrzebanymi resztkami omletu.
A Olka i jej życiowy zakręt? Chyba pozbierała się po decyzji Marcina.
- Chce rozwodu, niech się nim udławi - powiedziała po trzech tygodniach stanowczo, ale przecież kilka razy słyszałam jej płacz, nieporadnie tłumiony przed zaśnięciem. Nie nadaję się na pocieszycielkę, nie potrafię być czuła ani stanowcza. Cóż, każdy ze swymi sponiewieranymi uczuciami zostaje w końcu sam. Taki porządek świata. Postępujący cynizm teraz nie wydaje się być niczym złym, też mi jest cholernie źle.
10:20
Druga kawa i rozerwana paczka fajek. Analiza ruchu w trójkącie, swoją drogą ten trywialny frazeologizm tak bardzo obraża. Odcinam ramiona i rozprostowuję pogięte kąty, fałszując wizerunek, motywacje, i przecież wiadomo dlaczego, prawda?
10:49
Notuję ważne i błahe rozmowy, odczucia, poczynione wnioski. Uzależniam się od codziennych zapisków, a one przerastają w najgorszy sort. Obrały irytujący kurs na durne powiastki z kobiecych czasopism.
Czasami wracam do pierwszych zdań. Trudno było wybrać formę. Intuicja podpowiadała neutralnego narratora. Stary i trącący myszką chwyt, ale dopiero dzięki jego wszechwiedzy zaczęło się powoli kleić w tekście optymistycznie zatytułowanym Przeszłość.
Pokażę ci kiedyś, postanawiam, czytając pierwszy rozdział w całości niemal o tym, jak w naszym życiu pojawiła się Anna. Szósty, ostatni, kończy się opisem poranka ostatniego dnia października. Twojego ślubu z Anką poprzedniego dnia nie było, wieczór i noc spędziłeś ze mną, co nie oznacza jeszcze, że wspólna przyszłość jest taka oczywista. Spoglądam na czarną klawiaturę, wręcz domaga się kontynuacji Wszystkich Świętych:
Patrzą na drzewa w parku, gdy odzywa się jego komórka. Ignoruje natarczywość powtórzeń, za co będzie mu dozgonnie wdzięczna, a po chwili również za to, że po kolejnym przywoływaniu potwierdza, że:
- Nic już nas nie rozdzieli, nie ma takiej siły i przyczyny.
Gdy po chwili ciszy, najkrótszej z możliwych do zaistnienia, wściekły dźwięk dopada ją znowu, wyrywa się z objęć i biegnie do kuchni. Odbiera i słyszy:
- Kochanie?
- Już ci go nie oddam - myśli, powstrzymując chęć wypieprzenia głosu tamtej przez czekające na ruch, bo uchylone okno.
- Kochanie, halo, odezwij się, kotku, halo... - żebrzą słowa i adresat przychodzi. Wyciąga rękę, ale ona nie ma siły, by oddać telefon, więc wyjmuje go z jej dłoni, mówi:
- Anka, jestem na Słonecznej.
Ucieka do łazienki i rozkręca maksymalnie kurek nad wanną. Gorycz nabrzmiała na przemian złością i dobrocią. I taką znajduje ją po paru minutach.
- Nie chcę nic wiedzieć, nie mów mi o niej nigdy więcej, chyba że nie uda ci się jej pominąć, proszę, to mnie przerasta. Musisz już iść, prawda?
- Wrócę wieczorem.
- Nie obiecuj.
- Będę, zobaczysz.
12:03
No i byłeś, nie powiedziałeś słowa o Annie, zaczęliśmy wieczór, jakby tej splątanej sieci nigdy nie było. O tak, od miesiąca udajemy, że poza nami nie ma nikogo, ale fikcja kreowana milczeniem rozpada się, kiedy wychodzisz. Wtedy bywa, że płaczę.
12:40
W przedpokoju duże lustro, a po nim spada spieniona rzeka. Jak dopłynąć do niedzieli? Tnę bez litości to, co tak bardzo we mnie lubisz. Długie pasma tracą miedziane iskry. Zbieram je niezgrabnie z podłogi, bo rozwarstwiają się w palcach. Podzielone, zdechną w koszu pod zlewem. Gdy kopniakiem zamykam szafkę, żyletka między ściśniętymi wargami kaleczy język. Słony smak studzi umysł, a zakrwawione kąciki ust są w lustrze tylko groteskowe.
13:00
Szczeknięcie zamka. Lęk w spojrzeniu. I dobrze.
- Wróciłeś?
13:20
Twoje dłonie na brzuchu.
18:00
Pojęcia nie mam, jak układasz się z Anną. Listopad mija, nie wiem prawie nic, ale obojętnie w jakiej postaci Anny mniej, to mnie - więcej. Ona i ja, podskórny upór naczyń połączonych, na granicy obłędu codzienne różnicowanie poziomu twojego zainteresowania.
- Laku, zjeść cię na kolację?
- Tętniak już mnie wybrał z menu.
- Powiedz mu, że mam przywilej vipa-wampira.
- Oj tam, oj tam... trującą krwią opijecie się sprawiedliwie.
- Nie bój się snów, dzielić się tobą nie będę. Nigdy.
Nie jestem sama. Dwie drobne dziewczyny na kolanach, śmiejąc się co chwila, myją zakrwawioną podłogę w zapuszczonej kabinie.
Myśli krążą wokół zebrania, w którym przed chwilą uczestniczyłam. Czuję, że muszę wrócić. Wąski korytarz pokonuję trzema krokami i siadam przy prostokątnym stoliku, stojącym najbliżej tylnej ściany. Drzwi sali są otwarte, odnotowuję wyjście rozchichotanych sprzątaczek z toalety. Staram się skupić na słowach dyrektorki. Znajoma, której imienia nie potrafię sobie przypomnieć, patrzy na mnie z niepokojem.
Znowu leżę na tym samym łóżku, od szyi do kolan przykryta czymś ciepłym i miękkim. Myśli powoli wypełnia kojąca cisza, podchodzi jak biały kot w smudze światła płynącej od zakratowanego okna.
Pojawia się kobieta w nieokreślonym wieku. Nakrycie głowy, fartuch i obuwie przypominają sterylny ubiór chirurga. Informuje, że mam dwa niedorosłe tętniaki, po jednym w każdym udzie, a trzeci, w głowie, jest bardzo duży. Niedługo pęknie i wtedy mnie stąd wyniesie.
- To dobrze, że krótko będę umierać - odpowiadam i uśmiechamy się.
Dlaczego nie pamiętam momentu opuszczania narady, która trwa, przez otwarte drzwi słyszę podniesione głosy. Zemdlałam? Robiono mi USG? Tomografię? Operację? Nie wiem, ale czuję się rozluźniona i zadowolona. Kobieta-melancholia każe mi zasnąć i wychodzi.
Leżę w ciemności na prawym boku.
- Hej, ciepłe zwierzątko, zapalę lampkę, dobrze? - pytasz cicho.
- Yhm - mruczę.
6:00
- To twoja sprawa, ja jeszcze poczekam - kwituję jego wieloetapowe pytanie: czy aby nie rani mnie równie mocno jak przedtem, bo tego za nic w świecie by nie chciał, i czy rozumiem, jaką wagę ma absolutna szczerość, i że nie wie, co ma robić dalej, bo Anka często płacze, więc czeka na konkretne podpowiedzi... a kiedy odpowiadam, że to jego sprawa, że jeszcze poczekam, wyrwa mi poduszkę spod głowy i chce się kochać.
6:02
Zdejmuję jego dłonie z brzucha.
6:05
W łazience gorący prysznic i walnięcie pięścią w ścianę.
7:05
Zakupy w spożywczym.
7:11
Piekarnia. Rozsądek zwycięża, wynoszę tylko połowę węgierskiego tortu.
7:25
Ulubiony przystanek w parku. Pada, gdy kładę śniadanie. Dzisiaj to kawałek pasztetowej oraz gruby plaster sera.
- Wolnym dachowcem być jak ty, Kleks - mówię na pustej rabatce koło fontanny.
8:17
Boże, i choć tak chcę Annę tysiącem wybiegów odesłać poza nasz świat, to między kawą a omletem padają słowa:
- Moje rady odbierzesz jak próbę zemsty albo w najlepszym wypadku prywatę, więc Jaku, nie oczekuj współpracy, dobrze? Nie mów mi o niej! Chyba, że żadną miarą nie da się tematu ominąć.
- Nie uda się. Kocham ciebie, ale za Ankę jestem odpowiedzialny.
Spojrzeliśmy na siebie niepewnie. Wydawał się być zdołowany. Nie zaprzeczyłam, nie potwierdziłam, zresztą do kuchni na szczęście weszła Olka i narzuciła temat zapchanej kratki pod prysznicem. Jaku uznał, że to przytyk i poszedł do łazienki, a Olka za nim.
8:40
Patrzę na kalendarz. Czwartek. Na Słonecznej ulewa. Za oknem niknie park. Ja z każdą sekundą też, bo zaraz ciebie nie będzie, podobno sam jedziesz do Pragi. Durny turniej szachowy i moje trzy długie dni niepewności.
8:55
Ulatniasz się bez pożegnania. Olka też wychodzi. Jest za pięć dziewiąta. Czwartki mam wolne, wczoraj obiecałam sobie godziny w bibliotece, ale przecież tak pada.
9:30
Cisza miota się po mieszkaniu jak porzucony pies: co z nami będzie? Nie potrafię myśleć o niczym innym.
10:10
Trzeci niedopałek na białym talerzu z rozgrzebanymi resztkami omletu.
A Olka i jej życiowy zakręt? Chyba pozbierała się po decyzji Marcina.
- Chce rozwodu, niech się nim udławi - powiedziała po trzech tygodniach stanowczo, ale przecież kilka razy słyszałam jej płacz, nieporadnie tłumiony przed zaśnięciem. Nie nadaję się na pocieszycielkę, nie potrafię być czuła ani stanowcza. Cóż, każdy ze swymi sponiewieranymi uczuciami zostaje w końcu sam. Taki porządek świata. Postępujący cynizm teraz nie wydaje się być niczym złym, też mi jest cholernie źle.
10:20
Druga kawa i rozerwana paczka fajek. Analiza ruchu w trójkącie, swoją drogą ten trywialny frazeologizm tak bardzo obraża. Odcinam ramiona i rozprostowuję pogięte kąty, fałszując wizerunek, motywacje, i przecież wiadomo dlaczego, prawda?
10:49
Notuję ważne i błahe rozmowy, odczucia, poczynione wnioski. Uzależniam się od codziennych zapisków, a one przerastają w najgorszy sort. Obrały irytujący kurs na durne powiastki z kobiecych czasopism.
Czasami wracam do pierwszych zdań. Trudno było wybrać formę. Intuicja podpowiadała neutralnego narratora. Stary i trącący myszką chwyt, ale dopiero dzięki jego wszechwiedzy zaczęło się powoli kleić w tekście optymistycznie zatytułowanym Przeszłość.
Pokażę ci kiedyś, postanawiam, czytając pierwszy rozdział w całości niemal o tym, jak w naszym życiu pojawiła się Anna. Szósty, ostatni, kończy się opisem poranka ostatniego dnia października. Twojego ślubu z Anką poprzedniego dnia nie było, wieczór i noc spędziłeś ze mną, co nie oznacza jeszcze, że wspólna przyszłość jest taka oczywista. Spoglądam na czarną klawiaturę, wręcz domaga się kontynuacji Wszystkich Świętych:
Patrzą na drzewa w parku, gdy odzywa się jego komórka. Ignoruje natarczywość powtórzeń, za co będzie mu dozgonnie wdzięczna, a po chwili również za to, że po kolejnym przywoływaniu potwierdza, że:
- Nic już nas nie rozdzieli, nie ma takiej siły i przyczyny.
Gdy po chwili ciszy, najkrótszej z możliwych do zaistnienia, wściekły dźwięk dopada ją znowu, wyrywa się z objęć i biegnie do kuchni. Odbiera i słyszy:
- Kochanie?
- Już ci go nie oddam - myśli, powstrzymując chęć wypieprzenia głosu tamtej przez czekające na ruch, bo uchylone okno.
- Kochanie, halo, odezwij się, kotku, halo... - żebrzą słowa i adresat przychodzi. Wyciąga rękę, ale ona nie ma siły, by oddać telefon, więc wyjmuje go z jej dłoni, mówi:
- Anka, jestem na Słonecznej.
Ucieka do łazienki i rozkręca maksymalnie kurek nad wanną. Gorycz nabrzmiała na przemian złością i dobrocią. I taką znajduje ją po paru minutach.
- Nie chcę nic wiedzieć, nie mów mi o niej nigdy więcej, chyba że nie uda ci się jej pominąć, proszę, to mnie przerasta. Musisz już iść, prawda?
- Wrócę wieczorem.
- Nie obiecuj.
- Będę, zobaczysz.
12:03
No i byłeś, nie powiedziałeś słowa o Annie, zaczęliśmy wieczór, jakby tej splątanej sieci nigdy nie było. O tak, od miesiąca udajemy, że poza nami nie ma nikogo, ale fikcja kreowana milczeniem rozpada się, kiedy wychodzisz. Wtedy bywa, że płaczę.
12:40
W przedpokoju duże lustro, a po nim spada spieniona rzeka. Jak dopłynąć do niedzieli? Tnę bez litości to, co tak bardzo we mnie lubisz. Długie pasma tracą miedziane iskry. Zbieram je niezgrabnie z podłogi, bo rozwarstwiają się w palcach. Podzielone, zdechną w koszu pod zlewem. Gdy kopniakiem zamykam szafkę, żyletka między ściśniętymi wargami kaleczy język. Słony smak studzi umysł, a zakrwawione kąciki ust są w lustrze tylko groteskowe.
13:00
Szczeknięcie zamka. Lęk w spojrzeniu. I dobrze.
- Wróciłeś?
13:20
Twoje dłonie na brzuchu.
18:00
Pojęcia nie mam, jak układasz się z Anną. Listopad mija, nie wiem prawie nic, ale obojętnie w jakiej postaci Anny mniej, to mnie - więcej. Ona i ja, podskórny upór naczyń połączonych, na granicy obłędu codzienne różnicowanie poziomu twojego zainteresowania.
- Laku, zjeść cię na kolację?
- Tętniak już mnie wybrał z menu.
- Powiedz mu, że mam przywilej vipa-wampira.
- Oj tam, oj tam... trującą krwią opijecie się sprawiedliwie.
- Nie bój się snów, dzielić się tobą nie będę. Nigdy.
-
- Posty: 3121
- Rejestracja: 28 wrz 2016, 12:02
Re: Czwartek (dzień jak każdy wyjątkowy)
trującą krwią opijecie się sprawiedliwie.
- Nie bój się snów, dzielić się tobą nie będę. Nigdy.
Chyba najlepszy zapis życia jaki czytałem.
Tylko się pochylam.
- Nie bój się snów, dzielić się tobą nie będę. Nigdy.
Chyba najlepszy zapis życia jaki czytałem.
Tylko się pochylam.
Nie bój się snów, dzielić się tobą nie będę. - Eka
-
- Posty: 203
- Rejestracja: 28 lis 2016, 22:03
Re: Czwartek (dzień jak każdy wyjątkowy)
Dobra impresja kiepskiego życia. Dziwne nie jest, że człowiek pragnie się oderwać i spoglądać z góry. Tylko czy po oderwaniu wszystkie ważne sprawy będą nadal ważne?
- eka
- Moderator
- Posty: 10470
- Rejestracja: 30 mar 2014, 10:59
Re: Czwartek (dzień jak każdy wyjątkowy)
Dzięki, Panowie, za zwerbalizowanie odbioru pod tekstem. Sens pisania ratujecie.
Chociaż, to Twoje pytanie:
Ale może źle odczytuję wyrażoną wątpliwość.
----------
Bardzo cieszę się, że przybyłeś na 8.


Chociaż, to Twoje pytanie:
jakby przeczy potrzebie pisania, czy uważasz Szczepanie, że bezstratnie można podejmować próby 'oderwania' tylko w odniesieniu do spraw nieistotnych?szczepantrzeszcz pisze:Tylko czy po oderwaniu wszystkie ważne sprawy będą nadal ważne?
Ale może źle odczytuję wyrażoną wątpliwość.
----------
Bardzo cieszę się, że przybyłeś na 8.

-
- Posty: 203
- Rejestracja: 28 lis 2016, 22:03
Re: Czwartek (dzień jak każdy wyjątkowy)
Pod pojęciem "oderwania się" miałem na myśli odejście z tego świata. W swojej własnej nieświadomości żywię przekonanie, że ziemskie kwestie przestają po tym fakcie być istotne. Z drugiej strony powiada się, że non omnis moriar, więc chyba jednak warto tworzyć.
- eka
- Moderator
- Posty: 10470
- Rejestracja: 30 mar 2014, 10:59
-
- Posty: 3121
- Rejestracja: 28 wrz 2016, 12:02
Re: Czwartek (dzień jak każdy wyjątkowy)
Eko przedostatnie zdanie - to jak słowo wstępne do Twojego pisania.
Myślę, że i do niektórych moich przedbiegów.
Myślę, że i do niektórych moich przedbiegów.
Nie bój się snów, dzielić się tobą nie będę. - Eka
- Gorgiasz
- Moderator
- Posty: 1608
- Rejestracja: 16 kwie 2015, 14:51
Re: Czwartek (dzień jak każdy wyjątkowy)
Cała opowieść brzmi jak opis snu, szczególnie początek; zresztą byli tacy, którzy twierdzili, że całe nasze życie jest tylko snem. Może i tak. Na pewno bardzo dobrze napisane, ale jednocześnie bardzo kobiece, osobiste i przyznaję, że momentami dla nie niejasne, co zresztą nie stanowi wady.
Przyczepię się do nadmiaru kropek.
- To dobrze, że krótko będę umierać - odpowiadam. Uśmiechamy się.
Względnie tak:
- To dobrze, że krótko będę umierać - odpowiadam; uśmiechamy się.
- Już ci go nie oddam - myśli, powstrzymując chęć wypieprzenia głosu tamtej przez czekające na ruch, bo uchylone okno.
- Kochanie, halo, odezwij się, kotku, halo... - żebrzą słowa i adresat przychodzi. Wyciąga rękę, ale ona nie ma siły, by oddać telefon, więc wyjmuje go z jej dłoni, mówi:
Przyczepię się do nadmiaru kropek.
Napisałbym tak:- To dobrze, że krótko będę umierać. - odpowiadam, uśmiechamy się.
- To dobrze, że krótko będę umierać - odpowiadam. Uśmiechamy się.
Względnie tak:
- To dobrze, że krótko będę umierać - odpowiadam; uśmiechamy się.
- Yhm – mruczę.- Yhm. - mruczę.
- To twoja sprawa, ja jeszcze poczekam - kwituję jego wieloetapowe pytanie:- To twoja sprawa, ja jeszcze poczekam. - kwituję jego wieloetapowe pytanie:
„wyrywa”a kiedy odpowiadam, że to jego sprawa, że jeszcze poczekam, wyrwa mi poduszkę spod głowy i chce się kochać.
- Wolnym dachowcem być jak ty, Kleks - mówię na pustej rabatce koło fontanny.- Wolnym dachowcem być jak ty, Kleks. - mówię na pustej rabatce koło fontanny.
- Chce rozwodu, niech się nim udławi - powiedziała po trzech tygodniach stanowczo,- Chce rozwodu, niech się nim udławi. - powiedziała po trzech tygodniach stanowczo,
- Już ci go nie oddam. - myśli, powstrzymując chęć wypieprzenia głosu tamtej przez czekające na ruch, bo uchylone okno.
- Już ci go nie oddam - myśli, powstrzymując chęć wypieprzenia głosu tamtej przez czekające na ruch, bo uchylone okno.
- Kochanie, halo, odezwij się, kotku, halo... żebrzą słowa i adresat przychodzi. Wyciąga rękę, ale ona nie ma siły, by oddać telefon, więc wyjmuje go z jej dłoni, mówi:
- Kochanie, halo, odezwij się, kotku, halo... - żebrzą słowa i adresat przychodzi. Wyciąga rękę, ale ona nie ma siły, by oddać telefon, więc wyjmuje go z jej dłoni, mówi:
- Nula.Mychaan
- Posty: 2082
- Rejestracja: 15 lis 2013, 21:47
- Lokalizacja: Słupsk
- Płeć:
Re: Czwartek (dzień jak każdy wyjątkowy)
Podchodzę do Twojego opowiadania już trzeci raz i wciąż się gubię.
Chyba jestem deko przygłupia
Raz to jest sen i zastanawiam się czy to z pozoru zwyczajne życie jest snem, czy też to z tętniakiem. Może jedno i drugie, bo w snach nie ma znaczenia chronologia, są irracjonalne. Tylko tutaj masz zapis chronologiczny i znów mnie to gubi w domysłach.
Zastanawiam się kim jest ta Anna, bo przecież nie mną
Może to też peelka.
Nie nadążam za Tobą Ewa
Chyba jestem deko przygłupia

Raz to jest sen i zastanawiam się czy to z pozoru zwyczajne życie jest snem, czy też to z tętniakiem. Może jedno i drugie, bo w snach nie ma znaczenia chronologia, są irracjonalne. Tylko tutaj masz zapis chronologiczny i znów mnie to gubi w domysłach.
Zastanawiam się kim jest ta Anna, bo przecież nie mną

Nie nadążam za Tobą Ewa

Może i jestem trudną osobą,
ale dobrze mi z tym,
a to co łatwe jest bez smaku, wyrazu i znaczenia
ale dobrze mi z tym,
a to co łatwe jest bez smaku, wyrazu i znaczenia
- eka
- Moderator
- Posty: 10470
- Rejestracja: 30 mar 2014, 10:59
Re: Czwartek (dzień jak każdy wyjątkowy)
Być może masz rację, najtrudniej samemu określić charakter własnej pisaniny.witka pisze:Eko przedostatnie zdanie - to jak słowo wstępne do Twojego pisania.
Myślę, że i do niektórych moich przedbiegów.
Dzięki, Witka, za czytanie i... zdanie w Twoim podpisie, to bardzo miłe uczucie:)
-----------------------------------------------------------
Gorgiaszu, kropka mnie opętała:), a na poważnie, wstyd mi, stąd i wielkie wyrazy podziękowania za korektę.
Jesteś nieoceniony.
---------------------
Nula od Anuli?:)
Cóż mogę napisać, jak wiesz, autorowi tekstu zawsze wydaje się, że wszystko prosto podaje na tacy.
A wchodzi, że gmatwa:(
Sen jest tylko w części pierwszej (toaleta we śnie bohaterki opka).
Anna to jedno z trzech ramion trójkąta w opisywanym związku.
Mam nadzieję, że teraz wszystko jasne:)
Dzięki za kolejne podejścia i podzielenie się wątpliwościami.