Dzisiaj przyjęłam anons Moniki, wprawdzie po godzinach, ale czego się nie robi dla przyjaciół. Obiecałam pokazać swój pokój w pracy. Wspominamy stare dzieje, sącząc likier Sheridan's, który łagodnie łaskocze podniebienia. Strzeliła kilka fotek, wnętrza udekorowanego obrazami o tycjanowych barwach. Wyjątkowo lubię ten kolor i nie tylko kolor, uwielbiam abstrakcyjne malowanie Moniki, a fotkę obrazów obiecała komuś na uczelni, więc załatwione jedno przy drugim. Teraz idziemy zobaczyć pokój świty - pierwsze wrażenie zaparło jej dech, prawie zbladła, wyjęła komórkę i znowu zaczęła strzelać fotki. Co cię tak zaintrygowało - pytam, po chwili złapała głęboki oddech i rzekła: - - Gloria nie wyobrażasz sobie, jak dawno nie widziałam takiego wnętrza, to głęboki PRL. Ja trochę inaczej kojarzyłam, ale chyba nie miałam racji. Byłam przekonana, że połonina w pełnej krasie, tylko polnych koników brakuje, chociaż nie do końca... kiedyś nawet świerszcza zauważyłam, cóż różnimy się spojrzeniem na realia biurowej egzystencji. Monika jest socjologiem, dusza analityczna - udowodniła, że niestety nie mam racji, bo kto dzisiaj maluje biuro na kolory soczystej wyobraźni. Fakt, szału nie ma. Teraz wiem, dlaczego prezes przesiaduje u mnie godzinami, pewnie na rozległych ugorach słyszy tylko rżenie koni.
Dla jasności w temacie dodam, iż dłubanie pod skórką, to rewelacyjna, moja osobista metoda, na konsumowanie pomarańczy w pracy, bez ociekania sokiem rąk i utratą choćby jednej kropelki eliksiru.
